Bieganie jest strasznie kontuzjogenne – ileż razy słyszałem te słowa. Ponoć to nie sport dla mnie, osoby, której ciągle coś się przytrafia. No to zapisałem się na półmaraton, przebiegłem go i żyję.

Piszę o tym wszystkim zgrywając twardziela, ale jeszcze kilka dni przed zawodami nie byłem pewny czy wystartuję. PZU Półmaraton Warszawski miałem pobiec w niedzielę. W czwartek dopadł mnie ból w okolicy biodra. W trakcie chodzenia nie miałem z nim większych kłopotów. Problem zaczynał się, gdy trzeba było podnieść wyżej udo, co niestety biegacze robią na każdym kroku.

Spanikowałem. Pakiet startowy wykupiony, hotel i podróż opłacone, a ja do niczego się nie nadaję.

Oczami wyobraźni wdziałem siebie stojącego na starcie, jak zamiast biec kibicuję innym. Załamka.

Potrzebowałem cudu.

No to go dostałem. Trener polecił mi znakomitego rehabilitanta. Ten niestety miał wolny tylko jeden termin i to w godzinach pracy. W mojej firmie szefostwo nie robiło mi problemu z puszczeniem na wolne i mogłem zameldować się na zabiegu. Cuda nadal trwały. Pół godziny ciągnięcia, masakrowania kręgosłupa i nakłuwania mnie igłą do akupunktury sprawiły, że biodra w ogóle nie czułem. Cały problem zniknął. Mogłem w spokoju szykować się do podboju Warszawy.

IMAG1767

Stoi na stacji lokomotywa.

Razem z rodziną zapakowałem się w sobotę do nowego i pachnącego świeżością pociągu dart. Niepokój wywoływało trzech panów w pomarańczowych kamizelkach. Mężczyźni stali przy drzwiach do wagonu. Otwierali je i zamykali. Złe drzwi nie chciały się zamknąć do końca. Więc oni znowu je otwierali i zamykali. Wredne drzwi dalej nie chciały się zamknąć.

Spektakl trwał ze 20 minut, gdy w końcu pojawił się czwarty pracownik kolei. Zgadniecie, co on zrobił? Facet otworzył drzwi, a później je zamknął. Tyle tylko, że one… wcale nie chciały się zamknąć. Pokaz trwał dalej. Wtedy zrozumiałem, że jeśli będę chciał zacząć nowe życie zawodowe to jedna praca już na mnie czeka. Tak naprawiać drzwi to ja też potrafię.

Mijał czas. Byliśmy już spóźnieni, ale w końcu po telefonach do ekspertów drzwi zaczęły działać tak jak należy. Jupi!

IMAG1783

Lęki debiutanta

Warszawa powitała nas słońcem. Tłumu fanek z transparentami zagrzewającymi mnie do walki nie było, ale liczę, że będą przy następnym starcie. Reszta dnia minęła spokojnie. Podobnie jak noc, nie licząc kilku pobudek. Nerwy dawały znać o sobie. Nadchodził mój debiut w półmaratonie i to od razu w wielkiej imprezie. Razem ze mną biegu uczestniczyło prawie 13 tysięcy osób.

Nigdy nie leciałem w takim tłumie, nigdy nie biegłem poza Lublinem, nigdy nie przebiegłem 21 km. Czułem tremę.

I Am the War God

Było mi raźniej gdy wiedziałem, że gdzieś tam w tłumie są Moja Pierwsza Żona i Dziecko. Podejrzewałem też, że mój trener śledzi relacje online i będzie mieć oko na mój czas. Ponadto w tłumie startujących była też mocna grupa mojego teamu biegowego czyli RUN HELPERSÓW. Czułem moc.

Później wszystko zaczęło się dziać dużo szybciej. Salwa startera. Tłum ruszający w stronę startu, a ja razem z nim. Wrzask tłumu po obu stronach trasy, a w słuchawkach kawałek pt. „I Am the War God”. Moc eksplodowała.

Nie zna życia kto nie poczuł startowej adrenaliny. Tego uderzenia energii, które omal powala na glebę, ale koniec końców niesie w dal jak jak pocisk.

12952784_1095514463846609_550826429_o(2)

Sam bieg

Biegło się wspaniale. Całe szerokiee ulice oddane we władanie biegaczy, tysiące obcych ludzi dopingujących cię do walki, słońce. Warunki idealne.

Półmaraton był dla mnie cenną lekcją biegania. Okazało się, że rzeczy, które działały na treningach na zwodach niekoniecznie już się sprawdzają. Ale starałem się trzymać planu przygotowanego przez trenera. Od 15 km czułem nasilające się zmęczenie, ale robiłem swoje. Problemy zaczęły się w Łazienkach. Na cztery kilometry przed metą odezwało się biodro. Czułem się idiotycznie. Jedna noga miała ochotę zasuwać dalej, druga próbowała sabotować robotę koleżanki. Zwalniałem.

Zejście z trasy.

Czułem, że jest coraz gorzej. Dyskomfort narastał, coraz więcej osób mnie mijało. Wiedziałem, że nadchodzi czas podjęcia decyzji o zejściu z trasy.

Pogodziłem się w myślach z tym, że będę musiał odpuścić jeśli zacznie boleć. Nagle problemy złagodniały i mogłem trochę przyśpieszyć.

Siły wróciły.

To był idealny moment na powrót do walki. Przede mną była ostatnia przeszkoda. 400 metrów całkiem stromego podbiegu. Normalnie nie robiłby on specjalnego wrażenia, ale po pokonaniu 19 km i z nie do końca sprawnym ciałem każda przeszkoda staje się wyzwaniem.

Leciałem tak mocno jak mogłem. Mijałem kolejne osoby, które przestawały biec i przechodziły do marszu. Nie będę ukrywał, że mnie też kusiło, aby trochę poczłapać. Serce waliło jak oszalałe, każdy krok powodował pieczenie w udach. Zwolnienie musiało być rozkoszą. Wtedy przypomniałem sobie to, co trener mówił o pokonaniu tego podbiegu. Zacisnąłem zęby i z płonącymi z wysiłku nogami wdrapałem się na górę. Do mety dzieliło mnie tylko 1600 metrów prostej, szerokiej i płaskiej trasy. Meta była moja. Teraz nawet, gdyby mi połamało obie nogi to i tak bym się do niej doczołgał.

Na szczęście mogłem dobiec.

Minięcie mety. Ulga i radość. Na euforię nie było sił.

24 godziny po biegu już myślę, gdzie by tu znowu wystartować. Wprawdzie nogi nadal mam jak z drewna, ale głowa szuka już nowej przygody.

Biegacze są niereformowalni.

I to jest właśnie super.

Fot. Jacek Sadowski i ja.