Zdarzyło się naprawdę

Życie w redakcji to jedno wielki pasmo klęsk, smutków i porażek. Czasem biednemu pismakowi trafia się prawdziwa katastrofa. Zdarzenie, o którym mówi się i pamięta długo. Chociaż sam dziennikarz chciałby o nim zapomnieć.

Jest taka książka „Praca byłaby wspaniała, gdyby nie ci ludzie”. Nie czytałem jej, ale tytuł doskonale oddaje wszystko to, co jest wkurzającego w byciu dziennikarzem. Siedziałby sobie człowiek przed kompem i robił swoje, ale nie da się. Nie można. Przychodzą, dzwonią, piszą listy i maile. Coś ciągle chcą. Czytelnicy. Tak zwani, bo wielu z nich nie czyta gazet, a do redakcji przychodzą tylko wtedy kiedy mają jakąś sprawę

Za co ja wam płacę

Dzwoni telefon. Po drugiej stronie jakiś starszy facet chwali się, że ma dla mnie temat. No jasne – myślę. Grzecznie proszę, żeby coś o tym opowiedział. Temat okazuje się jakimś banalnym donosem sąsiedzkim. Nie da się z tego zrobić czołówki. Nawet „krótek” do rubryki z telefonami od czytelników z tego nie wyjdzie. Pan dostaje informację, że o swoim newsie nie przeczyta w gazecie. Wtedy coś go trafia.

– To za co ja wam płacę – drze się w słuchawkę.

– Pan? Pan mi nic nie płaci – mówię zgodnie z prawdą.

– To chamstwo, żyjecie z moich podatków – ryczy jegomość.

Próby wytłumaczenia, że zadzwonił do prywatnej firmy na nic się nie zdają. On wie, że mi płaci, więc ja mam robić co on mi karze.

Ofiary wymiaru sprawiedliwości

Sądy, policja, prokuratura. Wszystkie te instytucje są skorumpowane do szpiku kości. Tak przynajmniej zgodnie uważają tysiące osób, które przegrały jakąś sprawę. Przychodzą do redakcji i mówią: – chciałem opowiedzieć o korupcji.

Człowiek zamiast udać, że ma rozmowę telefoniczną z prezydentem USA wyraża życzliwe zainteresowanie i to jest błąd. Najbliższe godziny ma wyjęte z życiorysu. Na nic zdają się pytania w stylu: – ale jakie ma pan/pani dowody na korupcję.

– No przecież ten wyrok. Gdyby sąd nie wziął w łapę od drugiej strony to sprawa skończyłaby się inaczej – tłumaczy ofiara wymiaru sprawiedliwości. Później zawala biurko kserami akt sądowych, spraw przy których sąsiedzki konflikt o miedzę to naprawdę grube wydarzenie. A ty dziennikarzu siedź i to czytaj. Bo wiesz, że raz na sto taka osoba naprawdę mogła zostać potraktowana w sposób niewłaściwy. Niestety, nie masz bladego pojęcia czy te papiery, które cię zasypują zamienią się w fajny tekst czy nie.

Czekamy na śmigłowce

Nie ma ludzi nieomylnych. Sądy też się czasem mylą. Kiedyś pisałem o sprawie faceta oskarżonego o zabójstwo. Człowiek siedział w areszcie, czas mijał, a sprawa nie mogła się skończyć. Mijały lata, a jemu ciągle przedłużano czas odsiadki chociaż on ciągle był niewinny (z prawnego punktu widzenia). W końcu został zwolniony choć jego proces nadal trwał. Napisałem o tym, co bardzo się panu spodobało. Kilka razy mnie odwiedzał. Opowiadał ile to teraz kasy wygra za przetrzymywanie w pace i miło sobie gawędziliśmy o życiu. Ostatni raz odwiedził mnie, gdy sąd w końcu zdołał wydać wyrok. Pan dostał maksymalną karę, bo zbrodnia była wyjątkowo paskudna.

– Nie dam się zamknąć – powiedział niedawno skazany.

Siedzieliśmy sobie we dwóch w specjalnej salce z dala od serca redakcji. Nikt nam nie przeszkadzał. Wtedy ta izolacja i samotność zaczęła mi przeszkadzać.

Pan nie chciał iść do więzienia. Wymyślił nawet plan co zrobić, aby do tego nie doszło. – Ja zabarykaduję się tutaj w redakcji – powiedział pokazując na salkę. Co gorsza pan chciał, żebym został razem z nim.

– Wyjdziemy dopiero wtedy, gdy przyślą śmigłowce telewizji. Powiem im wtedy, że nie mogą mnie zamykać.

Nie będę ukrywał. Nie miałem na to ochoty. Ani na czekanie na śmigłowce, ani barykadowanie się z mordercą.

Udało mi się wytłumaczyć, że ten plan ma pewne wady. Redakcja stała w ścisłym centrum i nie wyląduje przy niej żaden śmigłowiec. Polecałem skonsultowanie się z adwokatem (o psychiatrze nic nie mówiłem). W końcu pan zrezygnował z pomysłu barykadowania się w redakcji.

Powaga sądu

Skoro jesteśmy przy sądach, to wiesz, za co podziwiam sędziów? Za umiejętność zachowania powagi w najbardziej absurdalnych sytuacjach. Siedzi sobie taki człowiek w todze i z orłem na łańcuchu, ma wydać wyrok w imieniu Rzeczpospolitej i nagle słyszy coś, na co można zareagować jedynie salwą śmiechu. Wszyscy inni rechoczą, ale sąd nie. Sąd robi tą swoją groźną minę i tylko ucisza innych. Nie pojmuję jak oni to robią.

Sam najgłośniej śmiałem się na jeden sprawie o usiłowanie zabójstwa. Wiem, że strasznie to brzmi, ale to prawda. Oskarżony wyjaśniał właśnie, czemu ruszył na swojego kolegę z nożem.

– Bo on nazwał mnie tofikiem.

Przez publiczność przeszedł cichy rechot. Sędziowie zachowali kamienne miny i spytali, co w tym złego.

– Bo to skrót. Tofik to Tajna Organizacja Frajerów i Konfidentów – wytłumaczył oskarżony z miną, jakby musiał wyjaśniać coś absolutnie oczywistego.

Nocna wizyta

Dziennikarski żywot bywa śmieszny, przede wszystkim bywa straszny. Czasem ludzie wymagają od dziennikarzy naprawdę dużo. Pamiętam panią, która skarżyła się na sąsiada policjanta. Gliniarz miał ją podglądać w trakcie kąpieli. Wszystko odbywało się za pomocą przewodów wentylacyjnych. Pani dowodów podglądactwa nie miała, ale zapraszała do siebie na noc. Wtedy miałem zobaczyć wszystko… czyli to policyjne podglądanie. Nie skorzystałem z zaproszenia. Nie żałuję.

Biskup, laser i pornosy

Czasem trafiają się naprawdę nieszczęśliwi ludzie. Wyglądają normalnie, ale jak już zaczną mówić wyłazi z nich cała choroba. Tak było w przypadku matki z dorosłą córką. Obie panie przyszły do redakcji mówiąc, że mają sprawę sądową.

– Słucham – powiedziałem i sięgnąłem po notes.

– Ale my nie wiemy, od czego zacząć – powiedziały.

– Najlepiej będzie od początku – zaproponowałem.

– Ale to się ciągnie już od wojny – powiedziała starsza z nich.

Wtedy wiedziałem, że będzie ciężko. Nie sądziłem, że będzie aż tak dziwacznie. Znasz to uczucie kiedy rozglądasz się w poszukiwaniu kamery, bo jesteś pewien, że ktoś cię wkręca? Ja wtedy się tak czułem.

Okazało się, że panie są pod kościelną obserwacją. I to obserwacją niezwykłą. Nie mogą ruszyć się z Lublina. Chciały kilka razy uciekać, ale dostawały polecenia do głów, że mają zawrócić. Młodsza twierdziła, że wystąpiła w filmach porno, ale wbrew własnej woli. Bo to biskup kradł jej sny za pomocą laserów i zamieniał w filmy. Ponoć w filmach wystąpił także kleryk. Panie opowiadały podobne historie przez kilka godzin. Nie byłem w stanie im przerwać. Nagle wstały, pożegnały się i wyszły. Nigdy więcej ich nie widziałem. Czy żałuję?