Zawody poza domem – jechać  solo czy z drugą połową?

Każdy lubi startować w swoim mieście. Masz pewność, że trasa Cię nie zaskoczy, a przy okazji spotkasz tłumy znajomych. Ale pojechać na zawody do innego miasta albo państwa? To dopiero jest przeżycie. Pytanie czy na wyprawę  po życiówkę, wieczną sławę i często katorżniczy wysiłek brać towarzystwo i to takie, które nie biega?

Bieganie oficjalnie uchodzi o zabawę ociekającą endorfinami i pozytywnym przekazem. Ma też sporo swoich ciemnych stron, o których nie zawsze głośno się mówi. Niekiedy ta ciemna strona może mocno namieszać i zakwasić związek, który wszystkim wydawał się doskonały. Podróżowanie jako osoba towarzysząca biegaczce/biegaczowi to często proszenie się kłopoty.

SERWUS JESTEM NERWUS

Nie oszukujmy się, ambitny amator przed zawodami, w których biegnie o coś (życiówkę, przegonienie sąsiada, kumpla albo chce sobie coś udowodnić) to nie jest osoba, która emanuje spokojem. Choćby zaklinał się, że w żyłach płynie mu neospasmina i  w życiu nie był bardziej wyluzowany to i tak będzie przeżywać i się denerwować.

Powodów do bycia podwściekniętym są tuziny. Zdecydowana większość z nich w normalnych okolicznościach przyrody nie miałaby żadnego wpływu na nastrój biegacza. Tym razem jednak jest inaczej. Na obczyźnie i tuż przed startem wszystkie problemy rosną jak bywalcy siłowni na chińskim koksie.

Zajęta toaleta, kiedy akurat pomyślałeś, że może warto skorzystać z niej 16 raz przed wyjściem, brak zrozumienia dla Twoich przedstartowych dziwactw i rytuałów, pytania jak się czujesz, o której będziesz na mecie, czy czegoś nie potrzeba, czy nie ubrałeś się za lekko albo czy nie masz czasem za dużo ciuchów na sobie – to wszystko są zapalniki, które mogą zdetonować bombę atomową jaką jest szykujący się do startu biegacz.

KONCENTRACJA? TAK, ALE JAK TO ZROBIĆ

Amatorzy, podobnie jak zawodowcy, lubią przed zawodami wyciszyć się, skupić się na czekającym ich zadaniu. Jedni planują jak będą pokonywać poszczególne elementy trasy, inni wyobrażają sobie co już zrobią (czytaj zeżrą) po ukończeniu zawodów, a inni starają się myśleć o niczym. Nie ważne o czym biegacz myśli chce, aby wtedy mu nie przeszkadzano. Chce pobyć chwilę, albo osiemnaście, sam ze sobą. On, jego myśli i nikt więcej. Pytania: „ale kochasz mnie, dziubasku?” nie są mile widziane.

Czasem bycie razem jest sztuką pozwolenia komuś, aby mógł cieszyć się chwilami samotności. Na wyjazdach na zawody ta umiejętność dawania samotności jest wyjątkowo cenna, ale także wyjątkowo trudna.

DOBRE INTENCJE TO ZBYT MAŁO

Piszę w oparciu o rozmowy z innymi, ale też na kanwie tego co sam raz czy dwa przeżyłem. Biegacz przed zawodami tak naprawdę marzy tylko o tym, żeby znaleźć się na starcie i ruszyć przed siebie. Wie, że jest w obcym miejscu, nie ma absolutnej pewności czy w drodze na zawody nie przytrafią się mu nieprzewidziane sytuacje, chce ruszyć i zająć się tym po co tu przyjechał – czyli bieganiem.

Choćby wiązał kolejny raz buty, albo przeliczał czy ma wszystkie żele to myślami jest już na trasie i nie chce, żeby mu przeszkadzano. Nawet jeśli próby dekoncentracji wynikają tylko i wyłącznie z czystej miłości i chęci wsparcia to pomogą biegaczowi tak samo jak ulotki ze zniżkami do fast fooda zrzucane z samolotów nad terenami dotkniętymi powodzią tysiąclecia.

DUSZA TOWARZYSTWA? NIE TERAZ

Nie myśl sobie, że tylko biegacz to takie samo wyjazdowe zło. Nic z tego. Osoba towarzysząca przed startem też może pokazać pazurki. W zasadzie to można ją zrozumieć. Trajda się po kraju albo i świecie za swoją rozbieganą drugą połówką, znosi cierpliwie biegowe fanaberie, a kiedy po miesiącach cierpliwości miałaby ochotę pójść z biegaczem w miasto, poszaleć na zakupach, albo szlaku górskim, pobuszować po galeriach (nie ważne czy ze sztuką czy handlowych) albo wyjść na fajną kolację z dobrym, choć trochę tłustym żarciem i butelką czerwonego wina to słyszy: NIE DZISIAJ, NIE TERAZ, MUSZĘ OSZCZĘDZAĆ GLIKOGEN, NIE DA RADY MUSZĘ SIĘ ROZCIĄGAĆ.

No i to są te chwile, kiedy niebiegajacą połowę może coś trafić. Eksploduje na milon kawałków, wypomni beigaczowi wszystkie winy, zrobi awanturę, albo zamknie się w sobie i strzeli focha. Co by się nie stało, będzie źle.

NIE TYLKO SAMO ZŁO

Nie myśl sobie, że takie wspólne wyjazdy na biegowe imprezy to tylko męki. Nic z tego. Bycie z kimś może dać setki niezapomnianych chwil. Pamiętam jak cieszyłem się widząc na mecie pierwszego półmaratonu moje dziecko. To było coś czego się nie da opisać.

Towarzysz/towarzyszka może się przydać na wiele sposobów. Pocieszy, pożartuje, rozproszy czarne jak gradowe chmury myśli albo po prostu pomoże ogarniać przedstartowy chaos i rozpierdziel.  Czasem po prostu fajnie jest nie mieć na głowie aż tylu spraw i zawsze miło podzielić się niektórymi zadaniami/troskami z kimś innym.

TWÓJ CZŁOWIEK NA TRASIE

Pamiętam też swój maraton. Biegłem przez Poznań, opuszczały mnie siły, a co chwilę widziałem ludzi czekających na kogoś, ludzi, którzy przyszli tu tylko dla tej jednej osoby. Zazdrościłem im diabelnie. Wyobrażałem sobie jak kapitalnie musi czuć się biegacz umęczony podobnie jak ja, który już nie ma sił na nic, ale na 39 km widzi nagle uśmiechniętą twarz kogoś bliskiego. Ależ ja tego zazdrościłem. Widziałem jak widok bliskich, uśmiechniętych ludzi sprawiał, że wlokące noga za nogą żywe trupy nagle ożywały i zaczynały biec tak lekko, jak pozwalało na to maratońskie zmęczenie. Ci ludzie ewidentnie odzyskiwali siły, mieli ich na tyle, żeby pobiec i odwzajemnić uśmiech.

SAMOTNOŚĆ MARATOŃCZYKA

Powrót do pustego pokoju hotelowego po maratonie też do najprzyjemniejszych nie należy. Człowiek chciałby się wygadać, a raczej wyjęczeć, opowiedzieć, że przeżył coś hardkorowego, a za słuchaczy ma tylko ściany i bzyczącą przy oknie muchę. Przyznasz, że nie jest to za specjalne towarzystwo.

Nie wspomnę już o tym, że kiedy jest się ledwo żywym to chętnie podzieliłoby się z kimś takimi obowiązkami jak pakowanie walizy, czy podnoszenie skarpetki z podłogi – nie wiesz jak jest to ciężkie zadanie, jeśli nigdy nie przyszło Ci pokonać 42 km.

RAZEM CZY ODDZIELNIE?

Jeśli ktoś zapytałby mnie czy jeździć na zawody solo czy z osobami towarzyszącymi z czystym sercem odpowiedziałbym: nie wiem, to zależy. Od Ciebie, od tej drugiej osoby, od tego jak umiesz radzić sobie ze stresem, jak bardzo zależy Ci na wyniku. Także od tego gdzie jedziecie. Samotna wyprawa na połówkę do Białegostoku może nie wzbudzić reperkusji, ale już solo eskapada na półmaraton w Paryżu albo Las Vegas…? Oj, to się może nie spotkać ze zrozumieniem.

Mam na koncie kilka wyjazdów i nie zawsze podejmowałem dobre decyzje. Czasami brakowało mi towarzystwa, czasem marzyłem, żeby być samemu i cały świat dał mi spokój. Życie.

A jak Ty to widzisz? Jeździsz samotnie czy z kimś bliskim?

 

Fot Martin Péchy z Unsplash