WROCŁAW: MIEJSCE IDEALNE DO BIEGANIA

Przebiegłem Półmaraton Wrocławski. Zrobiłem to, choć jeszcze kilkanaście dni wcześniej wyglądało na to, że przegram z kontuzją. Było tak jak sobie wymarzyłem. Przyjemnie, radośnie, wręcz ekstatycznie od unoszących się w powietrzu endorfin, które zasysałem jak wygłodzona pijawka przyklejona do pulsującej żyły.

Napaliłem się na nocną połówkę po Breslau już kilka lat wcześniej, ale z różnych względów plany o starcie musiałem przekładać. W tym roku miało być inaczej. Pakiet kupiłem w Nowy Rok zaraz po północy – żeby mnie nie ubiegli. Zaklepałem urlop – żeby nie było kwasów w robocie i czekałem.

I się doczekałem. W maju przestałem biegać, a na piszczeli pojawiły się rzeczy jakie pojawić się tam nie powinny. Mogłem tylko czekać, pochlipywać i słać dolary do afrykańskich szamanów, aby pomogli mi odzyskać zdrowie.

CZAS NA ZAWODY

Do stolicy Dolnego Śląska dojechałem z duszą na ramieniu. Przed startem zaliczyłem tylko kilka symbolicznych przebieżek. Człapanka wykonane w żółwim tempie uzmysłowiły mi, że noga powinna raczej wytrzymać. Zanim coś mi się stanie w kopyto to padnę na zawał serca. Po kilku tygodniach przerwy byłem bez kondychy, za to wyposażony w kilka dodatkowych kilogramów balastu. No forma życiowa, że aż strach.

 

Przyjechałem do Wrocławia na dzień przed startem. Połaziłem po knajpach, muzeach i zabytkach. Odebrałem pakiet startowy i musiałem się zdecydować: biec czy nie biec. 

Nie umiałem wybrać.

Pobiegnę tą drogą, a później tamtą. Rozgryzam trasę.

 

Postanowiłem, że wystartuję, a później się zobaczy. Na bieg zabrałem komórkę – żeby móc wezwać taksówkę jak noga się zbuntuję i kasę – żeby móc zapłacić za przejazd. Założyłem też okulary – choć zwykle biegam bez nich – żeby móc cieszyć oczy pięknem Wrocławia i ruszyłem.

PRZYMUSOWA ROZGRZEWKA

 

Emocje zaczęły się niespełna godzinę przed startem. Rozkraczył się tramwaj, którym miałem dojechać na start. Próby wezwania taryfy spełzły na niczym. Chyba w tym czasie wszyscy biegacze zamawiali taksówki. Od startu dzieliło mnie już tylko 45 minut i ponad 5 km. Ruszyłem w stronę startu. Początkowo leciałem w towarzystwie jednego biegacza, z czasem gromadka zawodników wkurzonych na komunikację szybko rosła. 

Tłum na starcie. Wyjątkowo miły i pozytywnie do życia nastawiony.

DO BIEGU GOTOWY?

 

W okolicach Stadionu Olimpijskiego pojawiłem się na 8 minut przed godz. 22. Jeszcze nie wystartowałe, a już byłem z lekka spanachany i chciało mi pić. 

– Grunt, że rozgrzewki nie musiałem już robić – pomyślałem, stanąłem w tłumie i się zaczęło.

Niepewność czy dam radę, czy piszczel nie strzeli mieszała się z narastającą falę radosnego napięcia. Stałem w dzikim tłumie ludzi uśmiechniętych, klaszczących, ociekających pozytywną mocą. Te dobre emocje udzieliły się także i mnie. Uwierzyłem, że będzie dobrze.

W końcu wystartowałem. Daleko przede mną powiewały baloniki pacemakerów biegnących w czasie 1:50. To było dla mnie za mocno. Wolałem lecieć znacznie spokojniej. Nagle koło mnie pojawili się pacemakerzy biegnący na dwie godziny. Nie miałem pojęcia kiedy zdołali oni wyprzedzić zające, które miały dobiec do mety w godzinę i 55 minut. 

Biegłem. Powoli i spokojnie. Nasłuchując sygnałów z własnego organizmu, czy czasem nie zażyczy sobie, że mam stanąć i zakończyć przygodę z bieganiem po Wrocławiu.

ZAPOMNIJ O CZASIE

 

Postanowiłem, że w tym biegu nie będę zawracał sobie głowy trzymaniem tempa, a będę jedynie polegał na samopoczuciu. Wybiegliśmy z zielonych terenów otaczających Stadion Olimpijski i ruszyliśmy w stronę Odry.

Nie zauważyłem nawet kiedy przede mną pojawiła się pani “zając” z balonkiem 2:00 i napisem na koszulce pacemaker 1:45. Na jaki czas prowadziła ona swoją grupę? Nie miałem nawet ochoty łamać sobie nad tym głowy. Przyśpieszyłem, a przede mną wyrósł zarys iluminowanego na niebiesko i zielono Mostu Grunwaldzkiego. Ależ to był widok. Pierwszy raz tej nocy ucieszyłem się, że zabrałem okulary, aby móc cieszyć oczy urokami miasta. Zaczynała się piękna biegowa przygoda.

CI WSZYSCY WSPANIALI LUDZIE

 

Jeszcze bardziej od zabytków cieszyły mnie  tłumy przy trasie. Wrocławianie byli niesamowici. Stali i oklaskiwali biegaczy w środku sobotniej nocy. Setki uśmiechniętych, pogodnych ludzi, bijących brawo, dopingujących, stojących w pojedynkę jak również z całymi rodzinami. Nie słyszałem ani jednego narzekania, bluzgania czy marudzenia na “biegactwo paraliżujące miasto”. Zamiast tego dostałem tony pozytywnej energii. Ludzie krzyczeli jakbyśmy walczyli o medal olimpijski. Dzieciaki wyciągały rączki z nadzieją, że kolejni biegacze przybiją z nimi piątkę. Z kim mogłem to przybijałem i dobrze robiłem, bo dla maluchów to była ważna sprawa.

– Ile masz, bo ja już pięć – usłyszałem rozmowę dwójki młodych kibiców stojących na skraju ulicy z wystawionymi dłońmi. 

NOGA POWIEDZIAŁA: A BIEGNIJ SOBIE

 

Za 4 czwartym kilometrem uwierzyłem, że noga powinna wytrzymać. Nie dawała żadnych złowrogich sygnałów. Nie rwała, nie pulsowała, ani nie kuła. Mężnie znosiła mój ciężar i twardość wrocławskich ulic.

Miałem jednak inny problem. Było cholernie parno i gorąco, a mi piekielnie chciało się pić. Niestety organizatorzy postanowili napoić biegaczy dopiero za 7 kilometrem. Gdybym walczył w takich warunkach o życiówkę to mógłbym boleśnie odczuć tak przesuszenie.

Na szczęście biegłem tylko i wyłącznie dla frajdy. I miałem ją. Nocny Wrocław oglądany ze środka ulic jawił się jak zaczarowane miejsce. Czułem się jak w pięknej kolorowej bajce.

Koło 10 km nogi uwierzyły w swoją nieśmiertelność i próbowały nieść znacznie szybciej niż powinny. To nie był dobry moment na rumakowanie. Doskonale wiedziałem, że za kilka kilometrów może zacząć brakować mi energii, przecież w ciągu ostatniego miesiąca nie przebiegłem łącznie nawet 20 km, a teraz nagle mam pokonać 21.

PO SZEROKIEJ DO METY

 

Mijały minuty i mój udział w Półmaratonie Wrocławskim zbliżał się do końca. Wiedziałem, że będę finiszował na Stadionie Olimpijskim. Świadomość, że jest to obiekt, który był miejscem wielu wiekopomnych wydarzeń w historii Polskiego i światowego żużla jeszcze bardziej mnie nakręcała (bo musisz wiedzieć, że o ile piłkę kopaną mam gdzieś, tak żużel wielbię).

Słyszałem już komentatora witającego biegaczy, niebo było coraz jaśniejsze od blasku jupiterów, jeszcze tylko kilka kroków i znalazłem się na torze żużlowy. Do mety miałem jeszcze tylko sto metrów, wyniosłem się na szeroką i pognałem przed siebie.

To były cudowne sekundy. Kilka tysięcy osób na trybunach, muzyka, okrzyki spikera zagotowały znowu moimi emocjami. Jeszcze tylko kilka kroków i meta! 

Dobiegłem! Przeżyłem! Udało mi się to o czym marzyłem! Zaliczyłem udział w kapitalnej imprezie. Nie dałem się kontuzji, pobiegłem dla czystej radochy biegania, bez myślenia o wynikach, życiówkach i innych napinkach.

Życie i bieganie znowu były piękne.

Krasnale przypominają, żeby po każdym biegu zadbać o nawodnienie.