TO JEDNO NAJDURNIEJSZE UCZUCIE NA ŚWIECIE

 

Straciłem stówę. Mogłem odsprzedać pakiet na Półmaraton Wrocławski, ale nie zrobiłem tego na czas. Teraz jest już za późno na zwrot. Zawody już niebawem. Najgłupsze w tym wszystkim jest to, że ja nadal liczę, że uda mi się w jakiś cudowny sposób zaliczyć ten start. Nie trawię tej durnej nadziei.

Nie biegam od początku maja. Nie biegam, bo nie mogę. Kontuzja.

Kilka tygodni temu żaliłem się na Facebooku, że opuściła mnie radość związana z bieganiem. To co kiedyś było frajdą stało się nagle bezsensownym wysiłkiem. Miałem tego szczerze dość. Minęło trochę czasu, a niechęć mnie opuściła. Zaczęły wracać luz i radocha.

A później było tak. Trening. Dwa wolne i spokojne kilometry rozgrzewkowe, później przyśpieszenie i po 10 sekundach wiedziałem, że jest lipa. Wróciłem do domu spacerkiem.

NADZIEJA MATKĄ NIEBIEGANIA

Miałem nadzieję, że po 2-3 dniach odpoczynku będę znowu mógł biegać. Pobiegałem. Wytrzymałem 10 minut. Jestem ufny i zwykle łykam wszystkie kity, ale tym razem nie byłem w stanie uwierzyć sobie, że wszystko jest ok. Nie było.

Mijały kolejne dni przerwy. Nadzieja, że minie była zawsze obok mnie. Jeszcze jedne dni oczekiwania na powrót do zdrowia. Kolejne, kolejne, kolejne. I tak do zarzygania.

Później wizyty u cudotwórców, konsultacje, badania. Wyrok: nie biegać. Rokowania? Może minie za tydzień, może za miesiąc. Może.

Ja cały czas twardo miałem nadzieję, że to napewno minie i minie szybko.

PRZYGOTOWANIA POSZŁY W DIABŁY

Nadzieja podpowiadała, że uda mi się szybko dojść do siebie. Przecież w połowie czerwca miałem w planie wystartować w nocnym półmaratonie we Wrocławiu. Szykowałem się na ten bieg od dawna. 

Pakiet startowy kupiłem zaraz jak ruszyła sprzedaż czyli kilkanaście minut po północy 1 stycznia. Chciałem mieć pewność, że nikt mi nie wykupi pakietów.

Później zaklepałem nocleg, podróż. Znowu chciałem mieć pewność, że wszystko się uda i pojadę biegać po magicznym Wrocku. Miałem nadzieję, że zrobiłem wszystko, aby wystartować.

MÓJ TOWARZYSZ GNIEW

W tej chwili piszę te słowa popijając pyszną kawę z Burundi i oprócz wspaniałości jej aromatu odczuwam nasilające się wkurwienie na to najdurniejsze z ludzkich uczuć: nadzieję.

Od razu przypomina mi się Baudelaire. On w jednym ze swoich wierszy 

rozprawił się z nadzieją bez litości, nazywając ją dzieckiem Szatana i Śmierci. Idealnie dobrał jej rodziców, prawda? Tak brzmi opis nadziei wg Baudelaire’a:

„Który śmierć zapłodniwszy, swą oblubienicę,

Zrodziłeś z nią Nadzieję, szaloną wietrznicę”

ZABÓJCZYNI ZDROWEGO ROZSĄDKU

Strasznie wredna raszpla z tej nadziei. Z całego serca jej nie trawię. Odbiera ochotę do racjonalnego myślenia i oceny sytuacji. Każe nam uważać, że nie tylko jakoś tam będzie. Jej niecne podszepty sprawiają, że z irracjonalnego powodu uznajemy, że będzie jak nie znakomicie to przynajmniej bardzo dobrze.

Nic innego tylko nadzieja pozwala nam trzymać się kurczowo różnych myśli, pragnień i marzeń, które już dawno powinniśmy byli porzucić. Zrobić to dla własnego zdrowia fizycznego albo psychicznego, a czasem obu jednocześnie.  Niestety, zamiast pizdnąć coś w diabły ty trzymasz się jakiejś myśli jak głupia kutwa niezdolna do porzucenia marzeń.

DOBRE MIEJSCE: ŚWIAT BEZ NADZIEI

Pewno lepiej by mi się żyło, gdybym już dawno zapomniał o biegu we Wrocławiu. Sprzedał pakiet startowy, zrezygnował z noclegu, zajął się czymś sensowniejszym i bardziej twórczym niż liczenie, że wszystko się ułoży i pobiegnę, zadebiutuję w fantastycznym nocnym biegu po fantastycznym mieście. Gdybym.

Pomimo całej świadomości o bezsensowności trwania w nadziei nie umiem pozbyć się tego stanu. Wiem, że to zapewne dowód jakichś moich ograniczeń intelektualnych, zaburzeń poznawczych, a być może coś co każdy psychiatra zdiagnozowałby jako jedną, albo cały bukiet jednostek chorobowych. Srał to pies.

ZAPROGRAMOWANI ŻEBY MIEĆ NADZIEJĘ

Bo czy człowiek tak naprawdę umie porzucić nadzieję? Czy to jest w ogóle wykonalne. Dante w „Boskiej komedii” umieścił zdanie: „Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.”

To polecenie już samo w sobie jest okrutnym żartem i wyjątkowo perfidną piekielną torturą. Próba porzucenia nadziei, świadomej rezygnacji z niej sprawia, że coraz mocniej się jej chwytamy. To tak samo niewykonalne jak polecenie żeby nie myśleć o różowym słoniu. Im bardziej starasz się pozbyć z głowy obrazu pana Trąbalskiego, tym wyraźniejszy się on staje. 

Podobnie jest z próbami porzucania nadziei. My ludzie mamy w siebie wszczepioną potrzebę jej posiadania. Póki jeszcze nasze mięsiste serducho pompuje w nas krew, póki możemy nabrać jeszcze jeden łyk, powietrza mamy nadzieję. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Mamy nadzieję i nic na to nie poradzimy.

Fot. Joshua Earle on Unsplash