Piwna mila 2.0: zapiski uzależnionego

– Wychodzę, idę biegać. Będę startować w piwnej mili – powiedziałem do dziecka. Pociecha popatrzyła na mnie z litością i spytała: “Chcesz porozmawiać o swoich uzależnieniach?”

Nie chciałem. Wolałem im ulec. Obu jednocześnie.

Rok temu przebiegłem swoją pierwszą piwną milę. Przez kolejne 12 miesięcy uważałem ją z pierwszą i ostatnią. Naprawdę. Wycierpiałem się na tamtych zawodach przeokrutnie. Jedyne wspomnienie jakie mam z tamtej imprezy to przekonanie, że wiem jak czuje się balon napełniony wodą, który musi toczyć się po chodniku  Pisałem o tym koszmarze tutaj.

Nie pytaj więc, czemu się zapisałem na tegoroczną edycję. Impuls, magia chwili, demencja starcza albo burza elektromagnetyczna na słońcu, która zesłała na mnie otępienie. Nie wiem i się nie dowiem. Wiem jednak, że jak już się zapisałem, opłaciłem udział i zobaczyłem swoje nazwisko na liście, to jedyne co powiedziałem były dwa słowa: „kurwa mać”. Na cholerę mi znowu ta męka?

Przygotowania do startu

To będzie najkrótsza część tekstu. Nie było żadnego specjalnego treningu pod piwną milę. Nie wlewałem w siebie trunków na czas, nie kręciłem zawrotnych czasów na 400 metrów. Nie robiłem nic, czego nie zrobiłbym wcześniej. O takie tam życie najbardziej niedocenianego blogera: dom, praca, biegi i inne banały życia codziennego.

Dzień zawodów 

Sobota. Koty dały wyjątkowo pospać. Nie dał budzik. Wstałem przed siódmą, chociaż zawody były wyznaczone na 10. Postanowiłem się wyszykować odpowiednio wcześnie, a w czasie pomiędzy śniadaniem i zawodami wcisnąć jeszcze trening.

Udało się. Kiedy dobiegłem do biura zawodów lały się ze mnie strumienie potu, a zegarek pokazywał, że przebiegłem 10 km.

Zamiast iść się rozciągać i brać prysznic zacząłem drżącymi ze zmęczenia paluchami przypinać numer startowy. Znowu sukces. Numer zaczepiony, a ja się nie poraniłem. Zapowiadała się naprawdę zacna sobota.

Do startu pozostawało coraz mniej czasu i przybywało biegaczy.

– Myślałem, że tu będą sami piwosze, a przyszli sprinterzy – powiedział kolega.

Faktycznie, w rosnącym tłumie i ja dostrzegłem osoby, które regularnie startują w biegach i wykręcają naprawdę zacne czasy. Nie liczyłem na miejsce na podium, ale w głowie zaczęła kołatać myśl: obym nie był ostatni. Nie było możliwości, by wycofać się dyskretnie. Znajomi już mnie widzieli, wziąłem numer startowy. Trzeba było zostać, startować i cisnąć.

Czułem się kiepsko, bo mięśnie po wcześniejszym treningu zaczęły drętwieć i sztywnieć. Na szczęście do startu zostały już tylko minuty.

Czas start

Łapię pierwsze piwo i 21 sekund później już biegnę. Średnio szybko, ale lecę. I tak przez 10 minut. Piwo, bieganie, piwo i bieganie, co jakiś czas przerywane solidnym beknięciem któregoś z uczestników.

O dziwo, tym razem nie cierpiałem jak rok temu. Wysuszony po treningu wchłaniałem dość dobrze kolejne browary. Cało i zdrowo dobiegłem do mety. Co więcej, poprawiłem życiówkę o minutę i czternaście sekund. Wypicie czterech piw i przebiegnięcie 1600 metrów zajęło mi 9:40. Na mecie było mi zadziwiająco lekko. Przez moment pomyślałem, że może to jest dyscyplina dla mnie. Szybko porzuciłem tę nadzieję.

Trzy łyki statystyki 

Zawody wygrał Karol Czajka. Jego czas to 7:33. Ten to dopiero umie pić i biegać.

W tegorocznej piwnej mili wzięło udział 55 osób. Wszyscy wypili i przebiegli swoje. Większość zawodników stanowili panowie, lecz nie zabrakło przedstawicielek płci pięknej.

Co ciekawe, zaledwie jedna piąta z uczestników zawododów to kombatanci, którzy startowali w piwnym biegu rok wcześniej. Jeśli za rok odbędzie się jeszcze jedna taka impreza wystartuje w niej na bank. Raz, że zrobię to z przyjemnością, a dwa, że ze snobizmu; kto wie, może będę jedynym gościem, który zaliczy wszystkie piwne mile w Lublinie.

Trochę (zasłużonej) wazeliny

Nie lubię chwalić innych, wolę pisać dobrze o sobie, no ale co ja poradzę, jak muszę napisać coś dobrego o innych.

Lubelska Piwna Mila czyli dziecko Juliusza i Krzysztofa Bielaków, znowu była zorganizowana w doskonały sposób. Mieliśmy profesjonalny pomiar czasu, pamiątkowe medale, super atmosferę no i… piwo. To ostatnie było dziełem Juliusza Bielaka z Browaru Domowego Bestiariusz.

Rudy Paskudnik 2.0, bo tak nazwał się ten zacny trunek: 4,5% alkoholu, 52 IBU z sympatyczną ilością amerykańskich chmieli. Warzenie takiej ilości piwa trwało cały dzień. – Zacząłem od 6 rano – wspomina Juliusz Bielak. Warzenie trwało do nocy, ale efekty były imponujące.

Spróbowałem piątego Rudego Paskudnika zaraz po biegu. Nie przeszkadzało mi, że znajomy patrzył na mnie jak na ciężko chorego, który dokonuje rzeczy skrajnie absurdalnej i niestosownej. Miałem to gdzieś. Tym razem postanowiłem podelektować się trochę tym piwem. Zapamiętałem wyraźną, karmelowo-słodową podbudowę, a temu piwu pomimo jego lekkości nie brakowało też ciała. Osobiście dosypałbym mu więcej chmieli goryczkowych, ale ja jestem fanem dużego IBU i nie każdemu musi ona pasować. Osobiście mam nadzieję, że może w przyszłym roku na piwnej mili będziemy raczyć się czymś znacznie bardziej goryczkowym i może dzięki temu będę miał szanse na lepsze miejsce.

Na razie pełen nadziei i wiary we własne siły czekam na trzecią edycję. Po drugiej nabrałem wielkiego smaka na takie zawody. A może to tylko uzależnienie?

  • Rewelacja! Chwała organizatorom, że szlachetne piwo zaserwowali sportowcom, bo po czterech piwach komercyjnych to kolejny dzień również byłby wyzwaniem 😉 (a to było 4×0,5l?)

    • Łukasz Kamiński

      Piwa były kraftowe, więc mi bardzo smakowały, a piło się je w pojemności 4x 0,33l, film z tego biegu możesz zobaczyć tu –> https://www.youtube.com/watch?v=mL9ssXdrdJI
      A autor tego wpisu zapomniał dodać, że solidne beknięcia, to znak, że organizm dobrze wchłaniał rudawe piwka 😉

      • Rewelacja, sporo kobiet widzę też startowało w tej szlachetnej rywalizacji :d

  • Za rok biegę z Wami 🙂 Jak żona zrobi prawo jazdy 😛

  • Sprawdź sobie Panią Elvirę Montes 🙂 powinieneś poczuć się jeszcze bardziej zmotywowany!