PIERDZIELĘ, NIE BIEGAM!

 

Schować głęboko te syfiaste buty, ukryć przed światem niepoważne leginsy i resztę dziwnego, często żarówiastego odzienia, a najważniejsze przestać biegać. Koniec z tym cholernym bieganiem! Nareszcie!

Nie pobiegnę już lekkiego truchtania po robocie ścieżką rowerową. Nie zapuszczę się na niedzielne wybieganie do lasu, nie będę też zachowywał się jak chomik w kołowrotku kręcąc jak nawiedzony samotne kółka po stadionie. Koniec z tym wszystkim. Nastał błogosławiony czas roztrenowania. Pora na błogie opierdzielanie się, nic nierobienie, a przede wszystkim odpoczywanie od biegania.

Roztrenowanie – rzecz banalna. Robi je każdy, kto ma śladowe pojęcie i choć ćwierć amatorskie podejście do sportu. Nie jesteśmy niezniszczalni i potrzebujemy czasu na fizyczną oraz mentalną regenerację. W poprzednich latach nawet w czasie roztrenowania wychodziłem na kilka drobnych i delikatnych treningów, żeby zupełnie się nie zastać. Tym razem zdecydowałem się, że będzie inaczej.

Na co najmniej 10 dni rezygnuję w ogóle z biegania. Mam je w głębokim poważaniu. Niech sobie teraz biegają inni. Ja będę się byczyć.

 

 

Chcę odpocząć i stęsknić się za pokonywaniem kilometrów. Aby tak się mogło stać potrzeba czasu.

CO MOŻNA ROBIĆ KIEDY SIĘ NIE BIEGA?

To pytanie roztrzaskałem w kilkunastu błyskotliwych odpowiedziach. Skorzystasz?

1.  Zostać Wielkim Trzynastym.

Ja i one w liczbie dwunastu. Kusi. Szczególnie kiedy można bezkarnie sobie popisać i nie trzeba nic więcej robić.

Nie wiesz kim jest Wielki Trzynasty? Proszę, ranisz moje serce. Wielce.

2. Czytać więcej książek.

To przy założeniu, że w ogóle coś czytasz. Bo jeśli buki traktujesz tylko jako magazyny kurzu, albo elementy dekoracyjne w meblościance to może spróbujesz kiedyś coś przeczytać?

Nie boli.

3. Pić więcej kawy.

Bo jak biegam to nie piję tyle ile bym chciał.

Filiżanka, nawet małej czarnej działa tak jak działa i powoduje, że biegacz w pewnym momencie musi się zatrzymać za potrzebą. Pit stopy są fajne w F1, ale nie kiedy lecisz przez zatłoczoną ścieżką rowerową i nie ma jak ukryć się w krzakach.

4.Pisać więcej na bloga.

Bez sensu. Ale teoretycznie istnieje taka możliwość.

5. Znaleźć nową zabawę.

I mam. Jogę. Ćwiczę po 20-30 minut dziennie. Przez resztę dnia przeżywam własną drewnianość i niezgrabotność. Dni są teraz krótkie, ale dzięki nowej zabawie stają się krótsze jeszcze bardziej. Wiosna zbliża się jak szalona. Czujesz to?

6. Uporządkować skrzynki mailowe.

Napisałem, ale nie wiem kiedy to zrobię. Może powinienem wynająć do tej roboty jakieś drużyny samobójców, bo to robota dla tych, którzy śmierci chcą spojrzeć w gały.

7. Umyć okna.

Naprawdę!

No dobra, wcale nie naprawdę. Przez moment prawie uwierzyłem sam sobie, że to zrobię. Ale jednak nie. Poza tym kto by tracił czas na mycie okien, skoro zawsze może spaść deszcz?

8. Skorzystać z Netfliksa.

Nie oglądałem go od roku i tyle tego przybyło, że nie wiem co wybrać. Pomożesz?

9. Spróbować wszystkich nowości kraftowych…

10.… i szybko pozwolić swojej wątrobie wykorkować.

Jedyne co mogłoby uratować moje zdrowie to braki finansowe. Ilość piwnych nowości jest taka, że już dawno temu przestałem udawać, że orientuje się co jest dobre, a co lepiej wylać do kibla. Browary warzą jak natchnione, zupełnie jakby ktoś im za to płacił.

Mimo to zostawiam sobie tę opcję w rezerwie. Może najdzie mnie ochota na piajaństwo… zwane degustacją szlachetnych piw .

11. Zaszyć dziurę w legginsach.

Powstała w trakcie dynamicznego rozciągania i dyskwalifikuje tę parę gaci z użycia. No chyba, że nagle zacznie mi bardzo zależeć na solidnym nawiewie w miejscu części niesfornej.

12. Zadzwonić do dawno niewidzianych znajomych.

Co u Ciebie.

Dobrze.

A co u Ciebie.

Jakoś leci.

To fajnie.

No, fajnie.

Taa.

Taaa.

No i tak sobie pogadamy. Kontakt po latach niestety dramatycznie ogranicza liczbę wspólnych tematów. Przechodzić od razu do wspomnień dawno minionych chwil radości jakoś tak dziwnie. Trzeba zostawić sobie coś na chwilę przypadkowego spotkania na mieście.

13. Wziąć urlop.

Może akurat lubisz początek grudnia, masz możliwość polecenia do ciepłych krajów, albo lubisz nasze ciemności, mokrości i zimności.

14. Zabrać się za gry planszowe.

Lubię Ryzyko. Lubię Scrabble. Jest niestety jeden problem. Cholernie nie lubię przegrywać.

Czy poprawiać sobie humor przyjemnością wynikającą z gry i ryzykować, że na koniec tylko się wkurzę i zakwaszę czy lepiej uniknąć stresu?

15. Porządki

W szafach. W szufladach. W piwnicy. Na szafkach. Za meblami!

To może być jak wyprawa na nową, nieznaną planetę. Tylko czy starczy mi odwagi, żeby w nią wyruszyć?

16. Regularnie chodzić na basen…

…i nie złapać anginy, zapalenia oskrzeli, grzyba czy innego cholerstwa. Zamiast tego pływać, siedzieć w bąbelkach i wytapiać troski w saunie.

17. Zaplanować przyszłe starty.

I to jest coś co zrobię z przyjemnością

Oczywiście plany to czasem proszenie się o guza od tzw. losu, ale co tam. Planujmy. Najważniejszym startem będzie Półmaraton Warszawski. Na niego chciałbym wyszykować maksymalną formę. Być silny, zwarty i gotowy i roznieść stolicę w drobny mak. Sprawić, że publika będzie skandować moje imię, Kenijczycy uciekną zawstydzeni z piskiem, a dziewczęta będą rzucać w moją stronę bielizną. A jak to wszystko się nie uda to chciałbym chociaż pobiec naprawdę mocne zawody. Po których poziom satysfakcji będzie dorównywał tylko poziomowi zjebania. Chciałbym, żeby tak było.

Chciałbym też zaliczyć inny ważny bieg. W 2019 będę próbował pierwszy raz zaliczyć Wings for Life. Tak, nigdy tam nie biegłem. Tak, chcę to zrobić. Zwiewać przed Adamem Małyszem, aż nogi zdrętwieją z wysiłku. W tym biegu tak naprawdę nie chodzi o biegaczy, ani o to kto dalej, ale o pomoc innym ludziom. Ale jak już będę pomagał to chciałbym pocisnąć tak solidnie i zrobić więcej niż 25 km. Uda się?

Nie wiem, ale już teraz się szykuję i z impetem wchodzę w fazę roztrenowania. Nie powstrzymacie mnie przed nic nierobieniem!

Fotka Zoltan Tasi on Unsplash