Pięć liter, które dają nadzieję

Wstałem, gdy ty jeszcze  śpisz, jeszcze przed słońcem, a już wiem, że jestem spóźniony, że nie dam rady zrobić wszystkiego. Ten cholerny czas znowu postanowił wygrać wyścig ze mną.

Kawa, śniadanie, później biegiem na autobus. Miałem po drodze jeszcze wyskoczyć na pocztę, nie zdążę. Olał. Później. Szybciej. Planuję w myślach swój dzień i rozumiem, że nie ma bata, będzie lipa.

Nie dam rady wyrobić się ze wszystkim, co chcę zrobić. Nie dam rady podołać także temu, co tylko powinienem. Cholera. Trzeba robić ile się da, bo czas goni. Nie pozwolę się pokonać.

Nie odpuszczam i cisnę. Ale drań, władca wszystkich zegarów też się nie daje. Zasuwa coraz szybciej. Im więcej zrobię, tym bardziej on przyśpiesza. Nienawidzę drania. Czasem mam wrażenie, że biorę udział w szalonym wyścigu szczurów: ja i mój niewidzialny przyjaciel i wróg największy w jednej osobie.

Im więcej zrobię, tym mniej dnia mi zostaje. Czas ta dziwka przebrzydła kradnie mi podstępnie kawałki z doby. Kiedy ja robię on się zakrada i odkraja minuty i godziny. Wykorzystuje, że nie patrzę, bo przecież jestem zajęty, tyle mam jeszcze do roboty.

Ale walczę. Odfajkowuję kolejne sprawy. Dziecko przyprowadzone do domu. Jest! I co ty na to zegarkowa pokrako?

A czas łup, odpala zmierzch. Przez okno wlewa się już ciemność.

Nie dam się.

Kolejna sprawa z listy odfajkowana i zakupy są na stole.

To on pierdziut wyskakuje z 19.18.

O ty mendo bez ojca i matki. Nie dam się – myślę i sprawdzam, co czeka na mnie na ANY.DO. Od czego by tu zacząć. To może siądę i napiszę kilka słów. Zdania rodzą się tak powoli.

Szybciej!

Nie wstukałem nawet połowy tego, co chcę, a tu po 20.

Żona mówi, że chce pogadać. Stosik książek do przeczytania na już, straszy z biurka, rozbabrany tekst mruga smutno i prosi o zakończenie, w skrzynce czekają maile do odesłania, z tyłu głowy dzwoni przypominadełko o telefonach do wykonania, komórka chce, aby za nią zapłacić, ktoś dobija się na czacie na FB.

A ja tak bardzo nie mam już czasu. Staram się robić wszystko. Tak jak umiem. Może czasem po łebkach. Może nie mam czasu sczytać tekstu, może odpowiadam żonie na co drugie pytanie, może olewam kumpla na czacie, a maile oznaczam jako ważne z mocnym postanowieniem, że odpowiem na nie wszystkie jutro. Ale walczę, przecież muszę. Bo już, bo czasu tak mało, bo drań ucieka, ale ja go dopadnę. Może nie dzisiaj, bo dzisiaj już prawie nie ma. Ale jutro! Tak, jutro go dopadnę! Jutro już na pewno się uda.

J-U-T-R-O.