Odczepcie się od biegania

Jak popsuć najfajniejszą i nawet najdoskonalszą rzecz? Wystarczy, że zajmą się nią ludzie związani z polityką. Są w stanie zohydzić największą nawet przyjemność, skalać najczystszą ideę. Boję się, że takie coś zaczyna właśnie dotykać moje drogie bieganie.

Zaczęło zaraz po Orlen Warsaw Marathon. Poseł Jacek Sasin zapytany, czy gdyby był prezydentem stolicy pozwoliłby na marsze KOD-u i maratony powiedział, że na te pierwsze tak. Z maratonami już tak oczywiście nie było. Pan poseł uznał, że jest ich w stolicy „zdecydowanie za dużo” (kocham tę pewność siebie osób, które mówią choć nie mają o tym pojęcia) i utrudniają, życie mieszkańcom. Pomijam już absurd, że posłowi nie przeszkadza, że polityczne manifestacje mogą także utrudniać życie mieszkańcom, ale złe są maratony. Nie to jest najważniejsze. Jedna wypowiedź szybko spowodowała zalew innych. Każda następna była gorsza.

Po co ci brzuchacze?

Później przemówił Maciej Sthur, nie dość, że znany aktor to jeszcze zapalony biegacz. Generalnie mówił z sensem. Podkreślał korzyści wynikające z biegania, jak ta przyjemność kapitalnie jednoczy ludzi nie zważając na ich zawód, pochodzenie i pomaga pozbyć się złej energii. Niestety Maciej Sthur powiedział też o jedno zdanie za dużo.

To, że brzuchacze jeżdżą autami i mają kłopot, bo dwa razy w roku muszą pojechać inną trasą, lub nie daj boże metrem, autobusem lub tramwajem, to właśnie dowodzi, że maratony są organizowane w dobrej sprawie.”

Ci brzuchacze naprawdę nikomu do niczego nie byli potrzebni? Po co obrażać tych, którym maratony się nie podobają? Jeszcze gorsze, że po tej wypowiedzi pojawiły się też inne. Najgorsza jaką znalazłem pochodziła od pewnego prawicowego publicysty.

 

Zostałem fajnopolaczkiem

Łukasz Warzecha w portalu wpolityce.pl napisał, co myśli o organizowaniu maratonów. Jego prawo. Zgadzam się z tym, że na organizatorach imprez spoczywa obowiązek zapewnienia, aby niebiegacze nie cierpieli z powodu imprez biegowych. Niestety, redaktor Warzecha napisał też dużo więcej. Okazuje się, że dla niego osoby broniące biegania po centrum stolicy to przedstawiciele biegactwa i fajnopolactwa. Nie napisał biegacze, tylko musiał użyć form, które brzmią w uchu raczej nieprzyjaźnie.

Pan Warzecha jechał po bandzie w kilku miejscach tekstu. Napisał, że „fajnopolactwo zaś wyżywa się przede wszystkim w pogardzie dla tych, którzy fajnopolakami nie są”. Po lekturze jego wpisu odniosłem wrażenie, że to raczej on wyżywa się na na innych.

Poszukiwanie wrogów

Nie lubię polityki i mam rację. Ona zatruwa umysły. Ludzie polityki w Polsce mają dziwną przypadłość mówienia z pogardą i dehumanizowania wszystkich, których nie lubią lub uważają za przeciwników. Tak powstało żydostwo, syjoniści, oszołomy czy ostatnio będące mocno na antytopie lewactwo. Za Stalina było kułactwo u nas będzie potępiać się lewactwo, fajnopolactwo i biegactwo.

Uciekam stąd

Na początku chciałem oburzać się, bronić organizacji radosnych, pozytywnych i wspaniałych imprez biegowych w wielkich miastach. Ale teraz zmieniam zdanie. Wolę biegać po lesie i w ciemnościach, byle tylko nie skupiała się na mnie uwaga ludzi, którzy nie potrafią uwolnić się od politycznego dzielenia ludzi. Będę się czuł bezpieczniej jak zniknę im z oczu, niech mnie nie widzą, nie słyszą, zapomną. Niech poszukają sobie innego „-actwa”. A jak znowu popatrzą w stronę mojej leśnej i ciemnej ścieżki biegowej: krzyknę im „odczepcie się od biegania” i zacznę uciekać, jak najdalej od nich.

Fot. Pixabay