O tym jak naszła mnie chęć…

Nie trawię biegów na pięć kilometrów. To maksymalna katorga. Leć człowieku ile sił, kiedy tętno osiąga poziom, z którego już tylko krok dzieli od zawału serca. Ostatni bieg z cyklu Chęć na Pięć był inny i to z kilku powodów.

Jak na górskim szlaku
Trasa wzbudzała spore emocje. Kiedy wyrysowałem sobie profil pomyślałem o oddaniu miejsca w biegu. Oto co mnie czekało:

profiltrasy
Podbiegi robiły na mnie spore wrażenie. Na innych też, bo na Facebooku zaczęły się od razu marudzenia, że taki profil to jeden wielki skandal, że to katorga i nieporozumienie. Wszyscy koncentrowali się głównie na prawie 800-metrowym podbiegu. To, że na trasie czekało nas całkiem sporo zbiegów większości umykało. Ponieważ zawsze łatwiej marudzić i narzekać, więc marudziliśmy i narzekaliśmy.

Trener wbija nóż w plecy
Moja kobieca intuicja podpowiadał mi, że będzie bardzo ciężko. Nawet sznurówki w butach opadały na myśl o zbliżającej się pięciokilometrowej męczarni.
Ostatnie ustalenia z trenerem także nie napawały optymizmem. Kiedy opowiadał o strategii początkowo nawijał z sensem. Ale później zaczął odpływać. Miałem pewność, że pomylił mnie z kimś innym, gdy rzucił, że mam mieć coś około 22:5x.
Na koniec dodał: – Wszystko poniżej 23 minut bierzemy  w ciemno.

23 minut? Dowcip dekady. Biorąc pod uwagę, że poprzedni bieg Chęć na Pięć skończyłem z czasem w okolicach 24:20, a teraz czekała mnie znaczenie trudniejsza przeprawa to… pomyślałem, co pomyślałem.
Doskonały dzień aby umrzeć

Niedziela była pierwszym od niepamiętnych czasów ciepłym i słonecznym dniem. Warunki do biegania były idealne. W samo południe ustawiłem się razem z kilkoma setkami innych biegaczy amatorów na starcie. Później wszystko potoczyło się jak to zwykle. Strzał, przepychanie i lecimy, ile fabryka dała mocy.

Biegliśmy przez samo centrum Lublina. Możliwość bezkarnego zasuwania po ulicach to kapitalna sprawa. Normalnie o takich przyjemnościach można sobie pomarzyć i człowiek musi skakać po chodnikach, ścieżkach rowerowych albo lesie. Teraz miasto należało do niego. Miła odmiana.

Zgodnie z przewidywaniami sielanka dobiegła końca w chwili rozpoczęcia tego podbiegu. Starałem się dać z siebie wszystko co możliwe, ale po kilkuset metrach już byłem solidnie pokrzywiony ze zmęczenia. Czy myślałem, żeby odpuścić? Nie, raczej karmiłem się standardowym zestawem myśli biegacza. Tak mówiłem do siebie brzydko. Dość powiedzieć, że podważałem sensowność brania udziału w takich mękach. Szczęśliwie każdy podbieg ma swój koniec. Tak też było i z tym.

Moja rezurekcja

Później było to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli trochę spadku. Miałem chytry plan, żeby w tym miejscu zacząć ostro wyprzedzać. Co ciekawe, większość współbiegaczy miała tę samą strategię, więc z większością lecieliśmy ostro i równym tempem. Zmęczenie znowu się odezwało. W okolicach trzeciego kilometra wszystko się zmieniło.

Nagle usłyszałem krzyki, brawa i jakieś trąbki. One wszystkie były tylko dla mnie. Zmęczenie zaczęło się wycofywać, a ja poczułem, że mam jeszcze kupę siły, żeby dobrze pobiec. Ten kosmiczny doping pochodził od dzieci i rodziców ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 2 w Lublinie. To oni przyszli dopingować mnie i kilkunastu innych biegaczy z czerwonymi sercami na koszulkach.

12832420_467663630099848_7499180967515500613_n

W tym miejscu muszę wyjaśnić, że w tym roku we wszystkich startach w Lublinie biegam jako członek teamu Run Helpersi. Biegając zbieramy pieniądze dla SOSW nr 2. Zasady są proste: za każdy kilometr, jaki pokonamy w zawodach w Lublinie sponsor da złotówkę. Musimy więc dużo biegać, aby zebrać naprawdę dobrą kwotę. Po tym jaki doping dostaliśmy w niedzielę jesteśmy jeszcze bardziej zmotywowani do walki o każdy kilometr.

Finisz

Czas wracać na trasę biegu.

Właśnie wpadam na ostatnią prostą. W oddali widzę zielony dmuchawiec. Tam jest meta. Jupi – cieszę się.

Przypominam sobie porady, aby ostatnie metry pokonywać na maksa i cisnąć bez kalkulowania. Mózg natychmiast zareagował.

– Nogi ruszcie się. Lecicie pełną parą do mety – wysłał polecenie.

– Wal się – odpowiedziały nogi.

– Do roboty – nie odpuszczała mózgownica.

Została jednak olana. Nogi mieliły nadal tym samym tempem bez możliwości radykalnego przyśpieszenia. Inni wyprzedzali mnie jakbym był furą z sianem.

Nie miałem sił przyśpieszyć. Toczyłem się z godnością. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że przed kreską warto się uśmiechać i wyglądać lepiej niż się człowiek czuje. A nuż ktoś pstryknie fotkę. No i pstryknął.

Za metą marzyłem tylko o jednym: położyć się. Gdziekolwiek. Z godnością doszurałem do ławeczki i przez kilka minut dochodziłem do siebie. Później Moja Pierwsza Żona mówiła, że musiałem być strasznie zmordowany, bo zachowywałem się, jakbym nie słyszał co do mnie mówi. To całkiem możliwe, bo ja nie słyszałem co do mnie mówi.

Podsumowanie

Sam nie wiem jak, ale trener miał rację. Udało mi się pobiec tak, jak on chciał. Czas netto to 22:43. Czyli dużo szybciej niż poprzednia piątka. To nie koniec sukcesów. Odebrałem medal, zjadłem pomidorową z makaronem, jaka czekała na biegaczy i razem z innym Run Helpersami zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę z najlepszymi kibicami na świecie.

7496_467427856790092_9090929274388504601_n

PS. Tego samego dnia około godz. 20 naszła mnie taka myśl. A gdyby tak jeszcze raz przelecieć się po tej trasie? Ciekawe, jakby teraz się biegło? Tak, bieganie to ciężka choroba.