Przebiegłem swój pierwszy maraton. Uważam to za jedną z głupszych rzeczy jakie zrobiłem w życiu. Bieganie samo w sobie jest kapitalne, bieganie maratonów to katorga i perwersja, która nie nic wspólnego ze zdrowym stylem życia.

PRZYPADKOWY MARATOŃCZYK

To było tak. Na wiosnę wybierałem się na Blog Conference Poznań. Byłem na liście uczestników, zaklepałem i opłaciłem hotel, ale w ostatniej chwili musiałem zrezygnować z wyjazdu. Za udział BCP podziękowałem. Nie było problemu. Napisałem też do hotelu, że nie przenocuję u nich i żeby odesłali kasę. Odpisali, że nie oddadzą, ale chętnie ugoszczą mnie w innym terminie. Poskrobałem się po łysienie i wymyśliłem: “a może by tak pobiec w Poznaniu”. Sprawdziłem kalendarz i okazało się, że w październiku mają tam maraton.

Tak, dobrze czytasz. Nie chciałem tracić pieniędzy za nocleg więc zdecydowałem się wziąć udział w maratonie. [to jest to miejsce, w którym możesz bezkarnie się ponabijać z mojej głupoty]

POCZĄTEK TORTUR

Przygotowania do maratonu zaczęły się pod koniec czerwca, zaraz po tym jak uporałem się z problemami z Achillesami. Było ciepło, słonecznie i pogodnie. Świat wydawał się wspaniałym miejscem i każdy dzień przekonywał mnie, że tak, dam radę i zapowiada się super przygoda.

Byłem w tej komfortowej sytuacji, że nie musiałem martwić się o to jak ma wyglądać mój trening. Wszystko robił za mnie mój trener, Paweł Wysocki. Chociaż od początku uważał, że nie powinienem biec maratonu, to postanowił jednak przygotować mnie jak najlepiej do pokonania tej trasy. Chylę przed nim czoło, bo nie tylko wykonał solidnie swoją robotę to jeszcze musiał znosić moje zmiany nastrojów, pretensje, żale i oskarżenia.

Kiedy z tygodnia na tydzień miałem coraz więcej do roboty parę razy nie wytrzymałem. Wysyłałem trenerowi różne uwagi na temat planów treningowych. Z reguły sprowadzały się do jednego pytania: “czy ty chcesz mnie zabić?”.

JEST MOC

Mijały kolejne tygodnie, a ja z treningu na trening czułem się coraz silniejszy. Wytrzymałość rosła, spadała waga, stare ciuchy robiły się coraz luźniejsze. Przestałem już nawet narzekać na rosnące obciążenia i ilość czasu jaki pożerały mi treningi, rozciągania, rolowania.

Wpadłem w biegowy cug. Trener wysyłał co miałem robić, a ja to wykonywałem. Przez wszystkie przygotowania zrezygnowałem tylko z jednego treningu (tak zalecił fizjoterapeuta), a dwa albo trzy inne nieznacznie skróciłem. Większość planu  wykonywałem z precyzją cyborga.

Dwa starty kontrolne wypadły całkiem obiecująco. Półmaraton Praski i Pierwszą Dychę do Maratonu kończyłem z nieznacznie poprawionymi życiówkami. Trening martoński pomimo swojej katorżniczości wynosił mnie na nowy poziom w bieganiu. Mogłem coraz więcej i czułem się coraz lepiej.

OSTATNIE ŚNIADANIE

W końcu nastał długo wyczekiwany dzień. Obudziłem się przed godz. 6. Szybko wsunąłem śniadanie i zacząłem się powoli szykować do wyjścia. Za trzy godziny miałem ruszyć na trasę 18. maratonu w Poznaniu.

– Nie szalej na początku. Trzymaj tempo – cały czas dzwoniły mi w głowie zalecenia trenera.

Pamiętałem aby nie tracić energii na zbędne czynności. Szedłem na start w żółwim tempie. Przebrałem się i zacząłem delikatną rozgrzewkę. Ok. 8.45 byłem już w swojej strefie startowej. Za kwadrans mieliśmy ruszać

WSZYSTKO MOŻE SIĘ ZDARZYĆ

– To jest maraton, tu nie da się wszystkiego przewidzieć – powiedział mi kiedyś  znajomy maratończyk

Miał rację. U mnie nieoczekiwane zaczęło się jeszcze przed startem. Stałem w tłumie biegaczy, mijały minuty, a my nie ruszaliśmy. Z głośników usłyszeliśmy, że policja nie dała zielonego światła na start i musimy trochę poczekać.

“Trochę” mocno się wydłużało. Po kwadransie zapomniałem, że zrobiłem rozgrzewkę. Było mi zimno, a jakby tego było, mało ktoś obok zaczął mówić ile energii traci się gdy człowiek marznie.

Nie bardzo wiedziałem co w mojej sytuacji jest lepsze: stanie i marznięcie czy truchtanie i utrzymywanie podwyższonej temperatury. Wybrałem opcję numer dwa. Na ten sam pomysł wpadli też inni i opuścili strefę startową. Jedni biegali, inni rozciągali się, a jeszcze inni, wcale nie tak nieliczni, odcedzali kartofelki przy krzaczkach i murkach.

Po kilku minutach kicania wróciłem do strefy startowej i czekałem dalej. Z minuty na minutę rosło wkurwienie tłumu. Jedni gwizdali inni tylko mieli wyjątkowo zacięte miny. Nikt nie przypuszczał, że start maratonu opóźni się o ponad 40 minut. W końcu ruszyliśmy.

ALE TŁUM

Nie pamiętam jeszcze biegu, w którym towarzyszyłby mi taki taki tłum ludzi. Pierwsze kilometry to ciągłe potrącenia, bardziej lub mniej mocne kopnięcia. Biegłem w ścisku. Było niewygodnie, duszno i ciepło. To grzały mnie ciała innych biegaczy, którzy jak ja sunęli za pacemakerami nna 3:45. Było nieznośnie.

Po trzech kilometrach zdecydowałem się delikatnie przyśpieszyć i wyprzedzić pacemakerów. To była jedna z lepszych decyzji. Nagle wokół mnie zrobiło się dużo luźniej i mogłem skupić się na jednym: trzymaniu tempa.

Założenia były proste mam lecieć w zakresie 5:15 – 5:20 min/km i pod żadnym pozorem nie przyśpieszać. No to wydawało mi się, że robiłem swoje.

Przez pierwsze piętnaście km biegłem równo po 5:17. Było miło.  I wtedy pojawiło się słońce.

ORGANIZM MÓWI: PASS

Lubię wysokie temperatury. Nie lubię kiedy ciepło pojawia się nagle w dniu zawodów. Ostatnie tygodnie treningi wykonywałem głównie w deszczu, w temperaturach w okolicach 10-12 st. W niedzielę nagle zrobiło się wyjątkowo ciepło, szczególnie jak na połowę października. Temperatura poszybowało w okolice 20 st. I się zaczęło.

Byłem na 24 km kiedy mój mózg odebrał komunikat z organizmu: “ej ty, daleko jeszcze, bo my mamy już dość”.

To mięśnie i stopy domagały się wolnego. Ten sygnał został zignorowany. Zacisnąłem zęby i leciałem dalej. Jedynie tylko delikatnie zwolniłem, ale ciągle trzymałem zaplanowane tempo. Powoli zbliżałem się do Malty i jednego z dwóch trudniejszych podbiegów na całej trasie.

Minąłem 26 kilometr i się zaczęło wspinanie. O dziwo podbieg nie był aż tak straszny jak wyglądał na wykresach, ale kosztował mnie sporo sił. To tam doszli mnie pacemakerzy biegnący na 3:45. Wtedy nie towarzyszył im już tak liczny tłum jak kilkanaście kilometrów wcześniej.

Wyrównałem oddech po podbiegu i wróciłem do swojego wcześniejszego rytmu. Nie wiem kiedy, ale znowu znalazłem się przed “”zającami” przede mną roztaczał się piękny widok na Poznań i jego najstarsze kościoły. To był jeden z przyjemniejszych odcinków. Czułem już potężne zmęczenie, wiatr wiał w twarz, ale miałem siły lecieć dalej. Minął 28 kilometr, 29, 30, Coraz więcej biegaczy stawało. Kogoś dopadły skurcze, ktoś inny wymiotował oparty o barierkę, przy jednym czy dwóch uwijały się służby ratunkowe. Wiało apokalipsą, a do mety było ponad 12 km.

POCZĄTEK KOŃCA

– Nie zatrzymuj się na punktach z żywnością. Jak raz staniesz to nie będziesz mógł ruszyć – radził przed zawodami trener.

Słuchałem się tych zaleceń. Tak miało być też na punkcie na 30 km. W biegu łyknąłem wodę i izotonik. Wtedy zobaczyłem pokrojone pomarańcze. Leżały i czekały, żebym się w nie wgryzył i poczuł sok spływający w ustach Musiałem to zrobić. Złapałem jedną, zatrzymałem się i zacząłem jeść. O dziwo sam smak nie był tak rewelacyjny jak myśl o nim. Nie to było jednak moim największym zmartwieniem, lecz nogi. Nie chciały mnie słuchać.

Dopiero po chwili udało mi się zmusić je do biegu. Każdy krok był już jak katorga. Bolała mnie lewa stopa – odezwały się pęcherze jakich dorobiłem się kilka dni wcześniej na deszczowym treningu w złych skarpetach. Ale pęcherze nie były aż tak bolesne jak uda. Miałem pewność, że nie mam już mięśni. Każde włókno zamieniło się w drewno i teraz zamiast dwugłowych i czworogłowych muszę podnosić, dwa masywne kloce drewna. Każdy ważył po sto kilo i z każdym ruchem powodował tępy ból.

Nie myślałem już o trzymaniu tempa, ale o tym, żeby poruszać się do przodu. Dzieliłem dystans, oszukiwałem się, że jak przebiegnę 1000 metrów to będzie lżej. Później próbowałem tych sztuczek na krótszych odległościach: do skrzyżowania, do znaku, do punktu z wodą. W końcu nie dałem rady. Zacząłem iść. Przegrałem.

MARSZ ZOMBIE

Chciałbym móc dokładnie rozpisać co działo się na ostatnich kilometrach, ale niewiele pamiętam. Wydawało mi się, że dwa razy przebiegałem obok tablicy z 37 km. Wiem, że musiałem zmuszać się do picia wody. Robiłem to wbrew sobie. Organizm twierdził, że jest pełny aż pod korek i wcale nie potrzebuje płynów. Pamiętam też jakąś ulicę i przed sobą tłum maratończyków. Tylko nieliczni truchtali. Reszta powoli człapała, ktoś inny był leżał, jeden biegacz był pakowany do karetki. Żywe trupy z numerami startowymi, a wśród nich ja. Jeszcze jeden nieożywiony z płonącymi z bólu udami i stopą.

Ludzie stojący na poboczach próbowali nas mobilizować, ale ten trud był skazany na porażkę. Równie dobrze mogliby próbować namówić do śpiewu komplet zimowych opon.

– Jeszcze tylko 400 metrów – krzyknął mężczyzna wyglądajcy jak Robert Korzeniowski.

Zanim zrozumiałem ten komunikat minęło trochę sekund, ale w końcu wyrwałem do przodu. Jeszcze chwila i zobaczyłem metę. Marzyłem, żeby ją dopaść i mieć ten koszmar za sobą. Niestety minięcie mety nie przyniosło upragnionej ulgi. Bylo tylko gorzej.

META

Dobiegłem w 3 godziny 55 minut i 2 sekundy. Po mnie dotarły do mety jeszcze cztery tysiące maratończyków. Do zaplanowanego czasu zabrakło mi 10 minut. Ale miałem za sobą debiut w maratonie i to poniżej 4 godzin. Ponoć to dobry wynik.

Nie umiałem się z niego cieszyć. Czułem się źle sam ze sobą. Bez względu na to czy bym usiadł, położył czy stał, czułbym się tak samo fatalnie. Telepałem się z zimna. Z trudem podnosiłem nogi. Piekły mnie uda, pachwiny i stopa.

– To bieganie maratonów nie ma nic wspólnego ze zdrowiem – powiedział do mnie inny biegacz, kiedy przycupnąłem i próbowałem zdjąć czipa. Mężczyzna nie wyglądał na szczęśliwego. To był jego drugi maraton. Podobnie jak ja chciał pobiec w 3:45. Dobiegł 7 minut później.

DZIWNA MAGIA 42195

Nie rozumiem ekscytacji maratonami. 42195 metrów to dla mnie zbyt wiele. Jeszcze nigdy nie czułem się tak podle. Byłem wyczerpany. Byłem też zniesmaczony ostatnimi kilometrami w swoim wykonaniu. Święcie uważałem, że ostatnie 6 km zamiast przebiec to tylko przeszedłem. Dopiero później kiedy popatrzyłem na wyniki zobaczyłem, że ja nadal musiałem biec. Wprawdzie nie było to już upragnione tempo w przedziale 5:15-5:20, ale nadal musiał też biec, a nie tylko iść. Nie wiem kiedy i jak to robiłem. Pamiętam tylko ból i bezradność.

Nigdy więcej – napisałem tylko na swoim prywatnym koncie na Facebooku. Dzisiaj, nadal uważam, że nie powinienem biegać maratonów.

Swoją niedzielę maratońską skończyłem w łóżku, telepiąc się zimna, okręcony kołdrą, z 38 stopniami gorączki i wściekle bolącymi nogami. Jaka wspaniała przygoda, prawda?

 

Fot. Fotomaraton i Pixabay

  • Mam podobne przeżycia z niedzielnego biegu w Krakowie. Choć był to mój siódmy półmaraton – zdarzyły się na nim takie rzeczy jak u Ciebie. Nogi z drewna, dziwne rzeczy w głowie, masa ludzi zasłabła, ktoś puszczał pawia. Ja zrzucałam to na karb temperatury, ktoś rzucił, że to gwałtowny skok ciśnienia. Nie wiem. Ale na pewno w tę niedzielę nie było dobrej aury do biegania. Gratuluję – pomimo złego samopoczucia bieg ukończyłeś! A czas – jak dla mnie rewelacyjny 😀

    • Dziękuję. 🙂 Może faktycznie to wina pogody? Ale wysiłek…. czemu nikt nie powiedział, że to tak boli.

      • Jak to nikt nie mówił… chcesz zobaczyć post i zdjęcie płaczącej Pauli, zrobiła maraton warszawski – a wcześniej latała po 30 km po górach… wg mnie zawsze coś boli, ewentualnie nie każdy się do tego przyzna, hahaha!

  • Bieganie maratonów jest świetne. Pamietam swój pierwszy… było strasznie, łzy mi po plecach ciekły i wszystko bolało. Na mecie powiedziałem, że nigdy więcej! Teraz mam ich 10 😜

    • BTW gratulacje! Świetny czas! Duma przyjdzie! Powinna. Bo zasłużyłeś!

  • Przykro mi to czytać. Ja mam zupełnie inne odczucia po maratonie, ekscytacja po 35 km na poziomie maksymalnym. Czas tylko nie był taki ładny jak Twój. To biegaj połówki i dyszki, dla zdrowia, dla siebie, dla zabawy.

  • Z serca Ci gratuluję wyniku, choć nie widziałeś na mecie tych cyferek, które chciałeś.
    A ja się przychylam do tego, co Kuba pisze. Rok temu mój debiut w Wenecji też był o 11 minut „poza rozkładem”, w żołądku miałem kipiącą masę, nogi już nie ciągnęły, upał dobijał, wymiotujący biegacze przerażali a jeszcze były te cholerne mostki. Wbiegłem na metę znużony i zrezygnowany, bo nie tak to miało być. Fizycznie już dzień po byłem ok, psychika długo przypominała, że to nie tak miało być. I co? Za miesiąc rewanż z 42km 🙂 I mam dość… wybiegane na to z jakim czasem dobiegnę do mety. Zamierzam się świetnie bawić.
    Już nie piszę, że bardzo słabo przygotowany poleciałem w tym roku półmaraton na Babią Górę, a to czasowo podobnie jak maraton. Rok temu napierałem ile fabryka dała i zabiłem nogi na kilka km przed metą, teraz rozłożyłem siły, maszerowałem, cieszyłem przyrodą i towarzystwem – czas niewiele gorszy ale radocha od ucha do ucha 🙂 Cyferki to nie wszystko, walka ze sobą na treningach jest fajna, pokonywanie granic jest fajne, teraz znowu wiem, że przebiegnięcie połówki to nie jest wielka filozofia ale w maratonie jest zawsze element losowości. Pozostaje przyjąć warunki „przeciwnika” i walczyć o metę. Ja znowu teraz unikam dych, bo to jest dobre pięćdziesiąt minut umierania na wysokim tętnie, to ja już wolę dłużej, ale spokojniej 😉

    • Dychy są spoko. 😉 Piątki to dopiero męka.
      Powodzenia w Twoim maratonie. Ja chciałem w debiucie pobiec bardzo dobrze, bo nie miałem ochoty na więcej maratonów. Cierpienie na trasie i po biegu było dla mnie zbyt duże, aby szybko zapomnieć. #poznanmaratonpamietamy:p

      • Dzięki! Wiem o czym marzę ale też już rzeczywiście wiem, jak wszystko może się popierdykać… Po powrocie się dowiedziałem, że sytuację dobrze przewidział mój brat, który prawie dokładnie wytypował mój wynik – cwaniaczek jeden, maratończyk dużo, dużo lepszy nawiasem pisząc.
        Piątki są o tyle fajne, że koniec bólu jest bliski. Dychy to dłuższe cierpienie, no ale to bez wątpienia kwestia formy – bo u mnie sam już nie wiem co jest 🙂

  • Najbardziej w maratonach odrzuca mnie fakt, że mimo iż ma się plan, to on i tak weryfikuje się na trasie dużo wcześniej niż planowałem w założeniach. Na mnie więcej połowę tego dystansu człowiek jest się w stanie przygotować. Reszta to już tak jak opisałeś walka z życiem.

    No i fakt, faktem że zatrzymanie to najgorsza z możliwych opcji. Lepiej jest do minimum zmniejszyć tempo.