Kto pojedzie do Korei Północnej? Laibach chce

Założę się, że marzycie, aby kiedyś móc dostać się do tego tajemniczego i strasznego kraju. Ja chciałbym i to bardzo. Na szczęście mi wolno chcieć. Co innego gdybym był artystą i dostał zaproszenie na koncert. Miałbym przechlapane ale nie w Azji, tylko w Polsce.

Jak pewnie wiecie słoweńska kapela Laibach dostała zaproszenie do tej złej Korei. Chłopaki nie są w ciemię bici i powiedzieli „tak”. Wystąpią za koreańską, ultra żelbetonową kurtyną. Szczerze im zazdroszczę możliwości dostania się do tego skansenu zmutowanego do ekstremum komunizmu. Podziwiam też ich odwagę, bo sam miałbym pietra przed taką wycieczką. Choć marzy mi się, że kiedyś uda mi się tam dostać. Szczególnie mocno zacząłem o tym myśleć z pół roku temu przeczytałem relację Polaka, który startował w północnokoreańskim maratonie. Przyleciał, dostał opiekuna, pobiegł, coś tam zobaczył, zostawił opiekuna na lotnisku i wrócił. Prosta historia, którą sam chciałbym przeżyć.

Teraz Laibach przeżyje swoją znacznie jeszcze bardziej odjechaną. W kraju rządzonym przez nieomylnego Kim Dzong Una kapela ma dać dwa koncerty (tak przynajmniej podają na swojej stronie). Pojedzie i da czadu tam gdzie nie wystąpiła jeszcze nigdy żadna zagraniczna kapela. To będzie coś jak pierwszy spacer po księżycu. Nikt ich już nie przebije, nikt się z nimi nie zrówna.

Usłyszałem o koncertach w KRLD kilka dni temu. Pomyślałem: czad. Dzisiaj zapuściłem się na stronę www Rzeczpospolitej i wpakowałem się na tekst o koreańskich koncertach.

Ręce mi odpadły. Znalazłem dziennikarza, który wie wszystko lepiej. Oto wie, że Korea Północna na eksperymenty Laibacha się nie nadaje. Pisze to nie artysta, który postanowił wyruszyć na drugi koniec świata, ale dziennikarz przy swoim biureczku. Niewiele rzeczy tak mnie irytuje jak mówienie za kogoś co ma sens robić, a co nie. Może przebolałbym tą jedną wzmiankę, gdyby nie zakończenie komentarza, w którym pojawia się propozycja, aby muzycy zgłosili się do północnokoreańskiego obozu koncentracyjnego. Jedno zdanie, a tyle złości się w niej mieści. Dlaczego? Bo muzycy postanowili zagrać w kraju rządzonym przez tyrana, więc za karę muszą doświadczyć tego co jego wrogowie?

Ostatnio wiele dowiadujemy się o tym jakie są oczekiwania w stosunku do artystów. Jedni uważają, że nie wypada im odnosić komercyjnego sukcesu i zarabiać nie tylko na sprzedaży książek. Teraz dowiadujemy się też, że koncertowanie w KRLD jest be i bez sensu.

Nie chcę uderzać w opowieści o tym jak dawniej żyli artyści, po jakich dworach tyranów i okrutników jeździli i że w zamian za pieniądz dźwięczący tworzyli cuda, które do dzisiaj cieszą nasze oczy. Napisać, że dzieła przyćmiły pamięć o okrutnych zleceniodawcach to banał, ale także prawda. Jak Laibach rozegra swoją koreańską kartę i co z wyniknie z tej rozgrywki, tego nie wie dzisiaj nikt. Pozwólmy sztuce się dziać, a artystom wybierać miejsce i czas w jakim chcą tworzyć, a dokonania oceniajmy po ich powstaniu, nigdy przed.

Wiem, że to banalnie proste i oczywiste, ale jak cholera widać, nie dla każdego.

PS. Laibach i tak już sporo wygrał na zapowiedzi wyprawy. Informacja o kapeli podały media na całym cywilizowanym świecie. Nie ma to jak bezpłatna globalna reklama.