Historia zdjęcia znalezionego w antykwariacie

To był jeden z tych dni, kiedy lato przy pomocy słońca, bezchmurnego nieba i temperatury wmawia nam, że już na zawsze będzie z nami, a jesień i zima to nic innego jak jakieś stwory z koszmarnych bajek. W poszukiwaniu cienia schroniłem się w małym, ciemnym i przesiąkniętym zapachem zakurzonych książek antykwariacie.

Nie chciałem nic kupować, ale aby móc choć chwilę pocieszyć się piwnicznym chłodem zacząłem przeglądać co stało na półkach. Bez przekonania sięgałem po kolejne rozsypujące się tomiszcza, kiedy nagle z jednego z nich wypadła fotografia.

O ile widok trzech szkieletów nie zrobił na mnie wrażenia, tak wykaligrafowany z tyłu podpis sprawił, że po plecach przebiegły mi dreszcze.

Baltazar Sonos z rodziną, Zatopice Górne 1924 r.

Od razu schowałem zdjęcie do książki i ruszyłem z nią w stronę skwaszonego sprzedawcy. Kilka minut później lżejszy o 37 zł kopytkowałem jak naćpana kozica do domu. Sprzedawca za pierwsze wydanie „Podstaw uprawy zbóż ozimych” policzył mnie jakbym kupował białego kruka, a nie niewiele wartą ramotę. Bez zmrużenia okiem dałem się oszukać wiedząc, że ja oszukuję też i jego, kto wie czy nie bardziej.

 

To zadziwiające jak mało osób interesujących się kulturą zna niesamowitą postać Baltazara Sonosa. Moim skromnym zdaniem to jeden z największych niespełnionych kompozytorów przełomu XIX i XX stulecia. Wiemy, że pochodził z zamożnej rodziny, która dorobiła się majątku na eksporcie śliwek na Węgry. Dzięki rodzinnej fortunie młody chłopak z Zawieprzyc Zapadłych odebrał znakomite wykształcenie. Uczył się w Krakowie, a później w Dreźnie. Spędził także kilka lat w Paryżu. Rozczarowany moralnym upadkiem tamtejszej bohemy postanowił szukać prawdy, piękna i mądrości na Wschodzie.

– Ex oriente lux – napisał do matki w liście z października 1882 r. I wyruszył w stronę nieznanego.

 

Tak dotarł do Terespola. Spacerując nad Bugiem spotkał Aleksandra Reeda, autora profetycznego dzieła „Fragmenty przeszacowanego nauczania” i jednego z bardziej niezwykłych umysłów ezoteryki końca XIX wieku.

Nie będę przytaczał szczegółów tego spotkania, bo zostało ono szczegółowo opisane w dziennikach Sonosa. Później jako wierny uczeń Reeda, porzucił pisanie pamiętnika. Uznał go za zbyt mało natchniony, a guru uczył, że liczą się tylko te dzieła powstałe dzięki boskiemu natchnieniu. Niekiedy na nadejście tej najwyższej weny trzeba czekać całe życie. W tym czasie nie warto trwonić czasu na rzeczy banalne i nie dość wzniosłe. Prawdziwa sztuka to nie doskonalenie się, ale oczekiwanie. Tak uczył Reed.
Sonos stał się jednym z bardziej oddanych uczniów ekscentrycznego guru. Postanowił zostać kompozytorem, który swoimi dziełami unaoczni światu geniusz teorii Reeda. Natychmiast zabrał się do pracy nad pierwszą symfonią reedowską. W trakcie oczekiwania na nadejście prawdziwej weny poznał i poślubił Karolinę z domu Bańkowską, a cztery lata po ślubie, w bliżej nieokreślnych okolicznościach, spłodził jedyne dziecko: Patiencję.

 

Kobiety Sonosa zauroczyły się naukami Reeda i postanowiły towarzyszyć kompozytorowi w jego twórczych oczekiwaniach. Artystycznego zapału nie ugasiła nawet epidemia cholery, która przetoczyła się przez Zatopice Górne i inne okoliczne majątki w lecie 1913 roku. Śmierć rodziny Sonosów początkowo wiązała się z pewnymi niedogodnościami, takimi jak trudności w komunikacji, wyraźne osłabienie, plaga robactwa czy zaawansowane procesy gnilne, ale w żaden sposób nie sprawiła, że familia zboczyła z raz obranej drogi. Sonosowie dalej czekali na wenę. Zgodnie z ostatnią wolą zostali ustawieni przy swoich ukochanych instrumentach, tak aby gdy nadejdzie najważniejsza chwila od razu zabrać się do pracy.

Wszystko wskazuje na to, że moje zdjęcie zostało wykonane w czasie odwiedziny Zatopic przez samego Reeda. Mistrz był głęboko poruszony oddaniem swojego ucznia. Wyjeżdżając z majątku miał powiedzieć: – Czuję, że prawdziwa wena właśnie nadchodzi z niebios.

Można powiedzieć, że przeczucie go nie zawiodło. Niebiosa faktycznie coś szykowały. Dzień później Reeda ubił piorun.

 

Po wybuchu II wojny światowej Sonos z rodziną trafił pod opiekę hitlerowców. Adolf Hitler nie mógł doczekać się zakończenia prac nad pierwszą symfonia reedowską. Uważał, że ta muzyka będzie wyrazem najczystszego aryjskiego ducha. W 1944 r. Niemcy wywieźli rodzinę Sonosów w głąb Rzeszy. Do dzisiaj nie udało się jej odnaleźć.