Facet z dyndającymi balonami

 

Wyobraź sobie mężczyznę po 40-tce, który biega z kolorowymi balonikami. Żałosne? Słabe? A co powiesz, gdy dowiesz się, że ten koleżka zasuwał z nimi, bo postanowił zostać zającem? Tak, możesz już dzwonić po lekarza. Możesz też dowiedzieć się więcej.

Ten facet z balonami to ja. Biegłem z nimi przy ludziach, mam kilkanaście zdjęć jak lecę w tłumie z unoszącymi się nade mną balonami. Wszystko odbyło się w czasie 4. Dychy do Maratonu w Lublinie. To był bieg, w czasie którego wystąpiłem w nowej roli: zająca, czy pacemakera, jak to z angielska poważnie brzmi. Razem z kolegą z grupy biegowej LUBELSKIBIEGACZ.PL mieliśmy prowadzić chętnych do zameldowania się na mecie w okolicach 60 minut.

LĘKI ZAJĄCA

Czas daleki od mojej życiówki. Zwykle biegam szybciej i nie będę ukrywał, że miałem pietra czy dam radę pobiec w odpowiednim tempie. Gdybym ruszył zbyt szybko mógłbym narobić szkód osobom, które zdecydowały się biec sugerując się moim rytmem. W bieganiu nie ma cudów i narzucenie zbyt wysokiego tempa na początku zawodów odbija się na kondycji biegacza kilka kilometrów dalej. Mówiąc wprost, nie ma co kozaczyć tylko trzeba biec na swoje. Pamiętałem o tym i miałem sporego pietra. Oczami wyobraźni widziałem scenę na mecie, kiedy to wpadam na nią dużo przed czasem, a po kilkunastu minutach doczłapuje do mnie biegacz, który robi mi karczemną awanturę. Drze się, że poleciałem zbyt szybko, że przeze mnie nie ma swojej życiówki… Prawdziwy koszmar zająca.

Prawie cała drużyna Lubelskiego Biegacza. No i balony, dużo balonów.

Z trzema balonami w barwach ukochanej drużyny żużlowej, na których wymalowano liczby 60, ustawiłem się w wyznaczonej strefie startowej, czyli w ogonie oczekujących na bieg. W końcu ruszamy. Do linii startu mam jakieś 300 metrów. Na początku grzecznie człapię ze wszystkimi, później zaczynam biec. I od razu ta paraliżująca myśl: czy aby nie lecę za szybko? Patrzę na zegarek. Uff, mieszczę się w czasie.

ZAJĘCZE ROZMOWY

Do końca biegu robiłem głównie dwie rzeczy. Poprawiałem baloniki, które figlarny wiatr podwiewał w różne niestosowne strony i kontrolowałem czas. Co kilkaset metrów odzywałem się do kolegi zająca.

– Jak tam u Ciebie?

– 5:58 – odpowiadał Jacek.

– A u mnie 5:55. Jest dobrze.

I tak było do końca. Co chwilę zerkaliśmy na nasze zegarki i recytowaliśmy jakieś cyferki. Czasem uznawaliśmy, że trzeba nieco zwolnić.

Głównie jednak przerzucaliśmy się cyferkami i dla postronnych obserwatorów mogliśmy wyglądać jak dwaj dziwacy.

I tak mijały nam kilometry. W końcu do mety zostało tylko tysiąc metrów. Wtedy razem z Jackiem zabraliśmy się do ostrej pracy. Pokrzykiwaliśmy na tych, którzy przeszli do marszu. Zachęcaliśmy do intensywniejszej pracy tych, którzy naszym zdaniem biegli zbyt wolno.

META

Ludzie pomimo ogromnego zmęczenia malującego się na twarzach zaczynali żwawiej się ruszać i finiszowali. Jedni z zaciśniętymi ustami, a inni z uśmiechem gnali do mety jakby od tego zależało ich życie. To był naprawdę satysfakcjonujący widok. Widzieć osoby, które kilka słów zachęciło do wyciśnięcia z siebie większego wysiłku i być może uwierzenia we własne siły.

W końcu minąłem metę. Czas netto 59:40. To najwolniejsza dycha w życiu, ale jakoś mnie to nie martwi.

Za kreską kilka osób podeszło do nas przybić piątki, powiedzieli parę słów, podziękowali za wspólny bieg. To była zdecydowanie najprzyjemniejsza część tych zawodów.

Czy będę jeszcze kiedyś zającem? Nie mam zielonego pojęcia, ale nie mam nic przeciwko, aby na kolejnych zawodach znalazł się ktoś kto poprowadzi mnie w stronę upragnionej życiówki. Pacemakera szukam!

 

  • Przybijam Ci wirtualną „piątkę” z podziękowaniem za to co zrobiłeś 🙂 Pamiętam mój pierwszy bieg „Fiata” w Bielsku, tam złamałem po raz pierwszy 50:00 tylko i wyłącznie dzięki pacemakerowi. Nawet nie byłem w stanie mu podziękować, bo byłem na mecie trupem. A potem zniknął. Podziękowałem mu rok temu, cholera, obaj żeśmy się (trochę) wzruszyli. I ponownie złamałem 50:00, może z mniejszym bólem,ale słyszałem już za plecami jego pokrzykiwanie. Niech Cię zasłużona wdzięczność biegaczy otacza 🙂
    Pamiętam też relację Marka z Drogi do Tokio, gdy „zającował” bodaj na Korfantym w Katowicach (http://drogadotokio.pl/2016/04/21/xxiii-bieg-uliczny-im-wojciecha-korfantego-16-04-2016-r/) i się okazało, że pomiar czasu dał ciała, do czego się organizatorzy nie bardzo chcieli przyznać. Tak więc to nielekki „kawałek chleba”, ale jeśli pretensji nie ma – to jest super. Muszę też kiedyś spróbować, choć boję się 🙂
    Aaaaa, znajomy „pacemaker” miał patent na balony – przyczepiał je do … ucha w t-shircie 😉 Próbował do czapki ale mu spadała.

  • Zuch chłopak. Widziałam Cię tam w tyle, na starcie, może niekoniecznie dzięki balonikom. Gratulacje dla Was zająców.

  • Grunt to odpowiedni pacemaker 🙂 Ja bym się nie odważył prowadzić grupy. Szacun.

  • mgr inż. Anioł

    Noooo toś mi zaimponował Bracie ! Od dawna mi to chodzi po głowie 🙂 to super sprawa być pacemakerem, bo nie dość że sam biegniesz to jeszcze innym pomagasz 🙂 a w wielu już biegach poznałem, że dobry zając to bardzo ważna sprawa, zwłaszcza dla tych, którzy chcą zrobić życiówkę 🙂 Pozdrawiam świątecznie !

  • Super, niezwykle fajne są tego typu inicjatywy 🙂