EMIGRACJA – KSIĄŻKA, KTÓRA ZMUSI CIĘ DO ŚMIECHU. NO CHYBA, ŻE JESTEŚ PARAPETEM

Internetowi twórcy, ci wszyscy blogerzy doradzający jak żyć, jutuberzy z bożej niełaski i wypacynkowane osobistości z Instagrama powinni mieć zakaz pisania książek. W totalnie zdecydowanej większości tworzą gnioty. Wiedziałem o tym od dawna. Później nastał dzień, w którym zacząłem czytać Emigrację Malcolma XD. Wtedy te moje regułki mogłem schować do wiaderka i wrócić pochlipując do domciu. Pan XD zniszczył system.

Mój system wartości.
Wartości, które z całkiem uzasadnioną wyższością pozwalały mi pogardzać książkowymi zderzeniami z rzeczywitością różnych pań i panów znanych z internetów. Tych pseudo celebrytów, którzy nagle wpadali na pomysł: ło kurafara napisze se ksionszken i będę pisarkom/pisarzem. Wypuszczali w świat zestaw znaków demolujących ludzkie zdrowie podobnie jak wszystkie choroby wstydliwe w czasach, kiedy nie znano penicyliny i innych cudownych medykamentów.
Malcolm XD postanowił nie być jak typowa różowa blogerka, która nie ma nic do powiedzenia. Postanowił opowiedzieć fajną historię i zrobić to po swojemu.

KIM JEST MALCOLM XD?

Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia.
Facet, o ile jest facetem, ukrywa się przed światem na tyle skutecznie, że przynajmniej Google na pierwszej stronie nie chce powiedzieć kto to.
Więc ustalmy, że Malcolm XD może być każdym: Twoją starą, wąsatym kierowcą autobusu, który nawiał Ci sprzed nosa, kumplem z podstawówki, panią ze spożywczaka, która jedyne co potrafi powiedzieć to “grosika będę winna”, Markiem Falentą albo Tobą.
Siebie wykreślam z listy potencjalnych Malcomów XD, choć nie miałbym nic przeciwko temu, żeby być nim. No, ale nie jestem.
Peszek.
Zanim Malcolm (nie chce mi się już więcej wklepywać tego jego pseudo nazwiska, dzięki temu mam mniej roboty, a może on się nie obrazi na takie spoufalanie) zabrał się za pisanie książki pisał tzw. pasty. Pasty czyli długawe, jajuśne i niekoniecznie cenzuralne opowieści do czytania w necie za friko. Poznałem je dzięki sąsiadowi, który podesłał mi opowieść o Paulinie i panu patologu. Przeczytałem, śmiechłem szesnaście razy i się zakochałem w tym jak to było napisane.
O tu masz Paulinę.

ZE STOLICY AGRESTU NA PAPIER

Kiedy dowiedziałem się, że Malcolm poszedł w papier od razu poleciałem do księgarni i dopadłem jego drukowane dziecko. I wsiąkłem.
Emigracja to historia gostka, pochodzącego ze stolicy agrestu, miasta z głazem i nieistniejącym dworkiem, który rusza na podbój Wysp Brytyjskich.
No dobra, może nie tyle na podbój co raczej po nędzny zarobek, a kariera zawodowa bardziej będzie przypominać walkę o przetrwanie niż drogę od pucybuta do milionera.
Hmm… Tak czytam sobie co piszę o tej książce i trochę się boję, że mnie wydawca Emigracji pozwie za działalność na szkodę firmy, a Malcolm dopadnie w ciemnej bramie i potnie plastikowym nożykiem. Bo tak naprawdę to ja nie umiem napisać jak dobra jest ta powieść i z kolejnym zdaniem pakuję się w coraz większe tarapaty.

CO MUSISZ WIEDZIEĆ

Ta książka jest arcy zabawna. Nawet taki ponurak jak ja, rechotał przy niej jak dzieciak, któremu starzy obiecali wizytę w MacDonaldzie, i że mu kupią zestawy ze wszystkim co będzie chciał. Pełnia szczęścia.
Był sobie kiedyś pan Fryderyk Nietzsche, który napisał:
„Ze wszystkiego, co czytam, lubię to tylko, co krwią było pisane. Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem”.
No i Malcolm stosuje się do tej zasady jak mało kto. Jego język tętni życiem, owszem czasem wykwitają w nim internetowe zwroty, wybuchają siarczyste bluzgi, ale tam wszystko jest na swoim miejscu, pasuje jak ulał, wciąga i czaruje.
Malcolm nie pierdzieli się w tańcu kiedy opisuje patologie współczesnego świata. Jedzie równo po wszystkim i wszystkich, wyciąga absurdy toczące naszą ukochaną cywilizację zachodnią, z uśmiechem pacyfikuje wszelkie przejawy ludzkiej durnoty.
Ktoś może powiedzieć, że obraz polskiej emigracji w UK jest przegięty i przerysowany. A ja na to tylko wzruszę ramionami. Nie wiem jak wygląda życie gości, którzy ledwo kumają język, nie mają kasy, ale próbują znaleźć robotę na Wyspach.
Wiem jednak, że to co napisał Malcolm jest uroczo spójne i mega zabawne. Czasem potrafi leciutko za serduszko złapać tak jak w scenie z ziomusiem, który wbił do domu z nadzieją, że działa tam agencja towarzyska i będzie mógł się… poprzytulać. Bo na obczyźnie może i hajs się z grubsza zgadza, ale tęsknota od środka ciągle człowieka gryzie.
Wielu znawców literatury, wiesz tych co to kij połknęli z mlekiem matki, a kichawę mają na wysokości K2 zakrzyknie, że Emigracja to antypowieść, że to promocja patologii i chamstwa.
Mógłbym pozdrowić ich środkowym paluchem, ale mógłbym też próbować wytłumaczyć, że Malcolm nie jest żadnym patopisarzem, ale gościem, który odważył się opisać kawał rzeczywistości, o której zwykle się nie mówiło i nie pisało, bo kuarafara, nie wypada jakoś takoś.
Malcomowi wypadało.