Durne błędy przed maratonem

Maraton poprzedzają miesiące ciężkich treningów, które łatwo zniweczyć często jednym błędem. Chcesz wiedzieć jakie błędy popełniłem tuż przed maratonem? Masz okazję przeczytać o moich wtopach i być sprytniejszą osobą. 

 

Ponoć każdy biegacz na kilkanaście dni przed maratonem zaczyna odczuwać różne dolegliwości. Tam go boli, siam go ciągnie, budzi się z poczuciem nieznośnej kruchości kości, albo kładzie czując, że jutro będzie chory i to tak, że nie obędzie się bez antybiotyku, który będzie brał pół roku i który pozbawi go całej wypracowanej w ostatnich miesiącach super mocy.

Skąd to wiem? Przeczytałem o tym na znanym i lubianym blogu biegowym. Z tekstu wynikało, że biegacze, szczególnie przed debiutem wmawiają sobie różne dolegliwości. Spytałem znajomego eksperta, potwierdził, że głowa zaczyna szaleć i pojawiają się w niej różne myśli. I się zaczęło…

WITAJ MÓJ BÓLU

Na kilkanaście dni przed startem pojawił się ból. Upierdliwy jak biegunka na pierwszej komunii, przeszywający jak zanurzenie się poniżej pasa w Bałtyku pod koniec czerwca. Bolał mnie ząb. Od razu umysł przeanalizował zebrane fakty:

– byłem na przeglądzie u dentysty 3 miesiące wcześniej, więc nie mogło mi się nic zrobić,

– takie bóle to norma u maratońskich debiutantów.

Dodałem więc dwa do dwóch, wyszło mi szesnaście i już wiedziałem, że ból to wymysł mojej nadwrażliwej psychiki. Postanowiłem z nią nawet nie walczyć tylko od razu pokonać. Nie szło mi to zbyt dobrze, bo ból pojawiał się, znikał, ale ciągle wracał. Na kilka dni przed maratonem musiałem sięgnąć po znieczulacze, żeby sobie dać z nim radę. Wystarczyło jednak, że wziąłem procha, odczekałem trochę, a „wymyślone” dolegliwości znikały. Byłem absolutnie pewien, że to moja głowa źle znosi stres przed startem i wkręcam sobie taką dolegliwość.

I PO BÓLU

W dniu maratonu uznałem, że z zębem wszystko jest ok. Bo wstałem i nic mnie nie bolało. Nie pomyślałem o tym, że to zasługa adrenaliny i innych hormonów, które buzowały we mnie przed starem.

Po biegu ból wrócił i w końcu w moim błyskotliwym umyśle pojawiła się nieśmiała iskierka szepcząca „ej, a może pora zgłosić się do dentysty”. Tak też zrobiłem. Lekarz pogratulował wytrzymałości na ból i dodał, że gdybym nie czekał tyle czasu to leczenie byłoby krótsze i… tańsze.

BŁĄD PIERWSZY

Morał z tej historii jest taki, że nie warto ignorować dolegliwości jakie nam dokuczają, szczególnie przed takim koszmarnym wysiłkiem jakim jest maraton. Nie każde uczucie dyskomfortu to wytwór przewrażliwionej wyobraźni biegacza, a o tym czy coś nam dolega powinien decydować lekarz, a nie wierzący w swoją niezniszczalność biegacz. Dlatego nie bądź mną i nie wmawiaj sobie,  że to tylko psychika nie wytrzymuje ciśnienia. Zaufaj sobie.

Wiele dolegliwości można szybko wyleczyć, bez szkody dla startu w zawodach. Zaniedbane wyjdą bokiem szczególnie w czasie ekstremalnego wysiłku jaki Cię niebawem czeka.

Jeszcze lepiej zrobisz gdy nie będziesz czekać na ból. Do maratonu coraz mniej czasu? To świetnie. Odwiedź lekarza rodzinnego, niech Cię osłucha, zbada ciśnienie. Zajrzyj także do dentysty. Przełam lęk przed igłą i zrób chociaż podstawowe badania krwi, a kiedy będziesz mieć pewność, że wszystko jest ok, wpadnij także na przegląd do fizjoterapeuty. Ja tych rzeczy nie zrobiłem (nie licząc fizjo) i uważam, że to był błąd. W skrajnym przypadku połączenie stanu zapalnego z maratońskim wysiłkiem mogło mieć fatalne skutki.

ODCISKI CZYLI BŁĄD DRUGI

Skarpety biegowe – czym różnią się od zwykłych? Z pozoru prawie niczym. Niestety miałem okazję odczuć na sobie jak ta różnica wygląda w praktyce.

Chociaż mam w zwyczaju na każdy trening zakładać te specjalne to w trakcie przygotowań do maratonu, a w zasadzie tuż przed ich końcem zdarzyło mi się pobiec w zwykłych. Dwa razy. Mea culpa, zmęczony, zagoniony, zakręcony i leniwy, nie zmieniłem i poleciałem w bawełnianych. Pech chciał, że w czasie obu treningów solidnie lało. Buty jak to buty nabierały wodę, skarpeta trzymała wilgotność, a co gorsza trochę się podwinęła ugniatając stopę . Efekty pojawiły się szybko: odciski. Kto je miał ten wie jak „przyjemnie” się z nimi biega. Ja miałem to szczęście w nieszczęściu, że moje odciski w czasie maratonu dopiero zaczęły powstawać. Na zawodach przeszkadzały tylko trochę, ale dokuczały na tyle, że pamiętam o nich do dzisiaj.

BANANY: CZYLI WTOPKA NUMER TRZY

No dobra, brzmi banalnie, ale dla mnie banalne nie było. Przyjechałem do Poznania, zameldowałem się w hotelu i ruszyłem na zakupy. Na liście zakupów miałem banany: idealny posiłek, dla kogoś, kto lada moment wystartuje w zawodach biegowych. 

Misja wydawała się prosta do wykonania. Niestety nie była. W sobotnie popołudnie zamiast byczyć się przed biegiem z obłędem w oku łaziłem od sklepu do sklepu. Wszędzie witały mnie koszyczki, półki, w których jeszcze niedawno były żółte kopalnie cukrów i witamin. Po wizycie w kilku sklepach odpuściłem poszukiwania. Smutny wróciłem do pokoju, poprawiając sobie humor małą paczką żelków.

Nie mówię, że w Poznaniu skończyły się banany. Pewno nie, ale w okolicy startu i mojej bazy sklepy zostały z nich oczyszczone zapewne przez biegaczy, którzy tłumnie zjechali na zawody.

Dlatego jeśli jedziesz na dużą imprezę i chcesz tuż przed startem zjeść banana, lepiej weź go ze sobą. W miejscu zawodów będzie kilka tysięcy innych amatorów tych owoców. Wiem, że to drobiazg, ale takie drobiazgi także pochłaniają energię, a tuż przed tak ważnym startem nie warto tracić jej na głupoty.

A Ty? Jakie błędy z czasu przygotowań do maratonu masz na swoim koncie?

 

Fot. Pixabay.com