Dobrze być dzieckiem…piwnej rewolucji

Mówi się, że rewolucje pożerają swoje dzieci. Jest jedna, która zamiast odgryzać głowy swoich pociech daje im się nieźle napić, a są to znakomite trunki.

Dla wielu osób cały piwny świat sprowadza się do tyskaczy, żywców, leszków i innych tego typu lagerów. Na szczęście na nich świat się nie kończy. Szczerze mówiąc to nawet się od nich nie zaczyna. Razem z piwną rewolucją nadeszły nowe, lepsze czasy. Piwo z nudnego trunku stało się przygodą. Nie wierzycie? To sami spróbujcie, a wcześniej przeczytajcie dlaczego tak fajnie być dzieckiem piwnej rewolucji.

 

Hedonizm pełną gębą

Łeee znowu to samo – takie teksty to nie dla mnie. Dzieci piwnej rewolucji ciągle poznają nowe smaki i aromaty. Próbowanie nowofalowych piw jest jak wyprawa przez nieznaną krainę przyjemności. Na każdym kroku coś nowego i niesamowitego. Jeszcze lepsze jest to, że ta kraina wygląda jakby nie miała końca. I to jest cudne.

 

Nie boję się byczej żółci w piwie

Bo wiem, że jej tam nie ma, a te wszystkie opowieści o tajemniczym dodatku, to bujda na resorach.

 

Nie boję się dat przydatności do spożycia.

Wiem, że długie leżakowanie wielu gatunkom piw pomoże stać się jeszcze lepszymi. Zupełnie tak jak w przypadku niektórych win.

Kto ma schowaną przed światem i światłem skrzynkę z kilkoma RIS-ami, porterami czy innymi cudeńkami, ten wie o czym mowa.

Czas bywa sojusznikiem piwa.

 

Jestem snobem, który się zna

Wiem, że piwo nie powstaje tylko z chmielu. Odróżniam fermentację dolną od górnej. Wiem czym różni się cascade od tomahawka. Znam się na rodzajach piw i wiem, że określanie wszystkich mianem złotego napoju to tak jakby uważać, że jedyne żywe istoty zamieszkujące ziemię to pingwiny.

Potrafię także odmienić słowa takie jak porter czy stout.

Jeszcze lepsze jest to, że ciągle uczę się nowych rzeczy.

 

Wiem w czym pić

Wielkie kufle to nie dla mnie. Szukam szkła, które pomoże wydobyć z piwa to co w nim najlepsze. TeKu, snifter, tulip, pokal. Znam i mam je wszystkie.

Wiem też, że nie zawsze piję piwo, żeby bawić się smakosza, który będzie ciamkał jedno piwo przez godzinę. Szklanka, shaker czy nawet plastikowy kubek? Tak z tego też mogę się napić.

I przeżyję.

 

Bywam nadzianym snobem

Piłem piwa, które kosztowały dużo więcej niż cała skrzynka, popularnego i ogólnie chwalonego sikacza.

 

Nie żłopię piwa, ja je smakuję

Obcowanie z dobrym piwem to dzika przyjemność. Ją trzeba celebrować. Cieszę się nie tylko smakiem. Oceniam barwę, pianę. Rozkoszuję się bukietem: wyczuwam nuty cytrusowe, torfu, torfu, banany i wiele innych, o których statystyczny piwosz nadal, niestety, nie ma pojęcia.

 

Nie wstydzę się czasem żłopnąć

Jak najdzie mnie ochota to czemu nie. To bywa przyjemne.

 

Bawią mnie przerwy na reklamy

Szczególnie kiedy słucham bzdur lecących w reklamach dużych i ponoć szanowanych browarów. Martwi mnie niestety, że ludzie często wierzą w te opowieści o wyjątkowości i niepowtarzalności piw, które różnią się od siebie tylko etykietami.

 

Bo ludzie są najważniejsi

To jest najfajniejsza część piwnej rewolucji. Nie piwo, ale właśnie ludzie. Przez kilka lat miałem okazję poznać masę niesamowitych i odjechanych osób. Zarówno takich szaraczków jak ja, ale także piwne grube, którzy grają pierwsze skrzypce w rewolucji. Wiem, że nie natrafiłbym na nich gdyby nie piwna rewolucja.

A teraz wasze zdrowie i na barykady! 🙂

Vive la révolution!

PS. Jeśli chcecie dopisać coś do listy to śmiało…