DLACZEGO WARTO PATRZEĆ W PRZESZŁOŚĆ

Biegając strasznie łatwo fiksujemy się na celach, planach, kolejnych startach. Rozpędzeni jak kenijscy maratończycy skupiamy się na teraźniejszości i przyszłości. Chcemy więcej i więcej, przez co zbyt często nakręcamy się i stresujemy z powodu różnych niepowodzeń.

Często powtarzam, że jeśli chodzi o bieganie to nie dla mnie są miejsca na podium, puchary i sława zwycięzcy. Z moimi wynikami daleko mi do tych najlepszych, a średniaków też oglądam z daleka i kropka. Nie znaczy to wcale, że mam nagle przestać biegać, bo nie mam szans na wygrane, ani na osiąganie jakichś kosmicznych wyników. Powiem więcej, jak patrzę sobie teraz na swoje wyniki to odczuwam coś na kształt zadowolenia z dobrze wykonanej pracy. Wiem też, że takie samo odczucia powinny towarzyszyć tysiącom biegaczy amatorów. Odwaliliśmy kawał dobrej roboty. Naprawdę!

 

SKĄD SIĘ WZIĄŁEM W BIEGANIU


Nigdy nie byłem przesadnie usportowiony. Użycie słowa “przesadnie” to zdecydowane złagodzenie mojego totalnego braku usportowienia. Przez większość życia nie zajmowałem się aktywnie żadnym sportem. Na podwórku do drużyny wybierano mnie raczej jako ostatniego, wuefy zaliczałem, bo głupio byłoby nie zdać. Nie chodziłem na karate, pingponga, ani nie zapisałem się do szkółki WKS Lublinianka jak spora część kumpli. Nie garnąłem się do sportu, a nie miałem dobrego wujka, który ufundował by mi puchar na zachętę.

Taki coraz starszy i nieaktywny doprowadziłem się do stanu, kiedy już nawet nie chciałem stawać na wagę, ale było mnie grubo ponad 115 kg. Wtedy zacząłem ratować się. Schudłem, zacząłem krótki, ale wyjątkowo bolesny epizod z siłownią (liczne kontuzje, jeden pobyt w szpitalu, niezliczone wizyty u ortopedy). Musisz wiedzieć, że tak naprawdę zacząłem solidnie trenować kiedy zacząłem biegać. Byłem wtedy już panem po 40.

 

DEBIUTUJ WITKU, DEBIUTUJ

 

Początki, jak to początki…były trudne. Cały wysiłek związany z bieganiem na tamtym etapie polegał na tym, żeby utrzymać płuca w klatce piersiowej. Skubane miechy chciały uciec z piskiem, a nie pompować tlen do mojego skatowanego ciała.

Po kilku miesiącach samodzielnego truchtania zdecydowałem się wystartować w zawodach na 10 km. To było wyzwanie. Do tamtego dnia nigdy wcześniej nie pokonałem aż takiej odległości. Bałem się jak diabli. Że nie dobiegnę do mety, że będę ostatni, że nie dam rady.

Dałem, chociaż końcówka biegu był męką, a na mecie zameldowałem się po 55 minutach i 53 sekundach.

Był wrzesień 2014 r., a ja byłem przekonany, że nie nadaję się do biegania.

 

NIE ZREZYGNOWAŁEM

 

Miałem jednak marzenie, żeby w jakiś cudowny sposób zmusić swoje ciało do większego wysiłku i rozpędzić je do takiej prędkości, która pozwoli dobiec do mety w czasie poniżej 50 minut. Pragnąłem kiedyś zobaczyć w wynikach dychy czas zaczynający się od 49 minut. Wtedy wydawało mi się to być pięknym snem. Ja nieaktywny przez większość życia koleś, który mało nie wyzionął ducha w czasie pierwszych zawodów chciał biegać dalej. Co więcej chciał robić to szybciej niż wydawałoby się mu to możliwe. Wiedziałem, że sam nie dam sobie z tym rady. Dlatego zgłosiłem się po pomoc do Pawła Wysockiego lubelskibiegacz.pl. Powiedziałem z czym przychodzę.

– Ok – odpowiedział on.

I tak się zaczęło.

 

ON BIEGNIE I TO SZYBCIEJ!

 

Dwa miesiące po pierwszych zawodach wystartowałem znowu. Byłem już po pierwszych treningach z Pawłem. Stanąłem na starcie piekielnie stremowany. Bałem się, że znowu popełnię wszystkie błędy jakie popełniłem w debiucie i bieg stanie się torturą. Nie stał się.

 

Pojawiłem się na mecie z bananem na twarzy. Czas 51:27. Nie liczyłem wtedy na złamanie 50 minut, ale taki postęp sprawił, że byłem w biegowej ekstazie. Wszędzie brykały jednorożce, z nieba spływały tęcze, przechodnie skandowali moje imię, a przywódcy państw całego świata słali depesze gratulacyjne.

 

W POGONI ZA MARZENIEM

 

Kwiecień 2015 r. – kolejna dycha i jestem na mecie z czasem 49:22.To było jak święto lasu, gwiazdka i urodziny w jednym. Dokonałem czegoś co jeszcze niedawno wydawało mi się być rzeczą totalnie niewykonalną. Złamałem magiczną barierę.

Szybko zapomniałem o tym ile to dla mnie znaczyło i w mojej głowie pojawiły się kolejne marzenia. Chciałem więcej!

Niestety życie regularnie uczy nas pokory, a biegacze lekcje pokory dostają chyba częściej niż inni śmiertelnicy. Miałem serię kilkumiesięcznych problemów ze zdrowiem, po których za każdym razem musiałem zaczynać prawie od nowa. Te przerwy skutecznie spowolniły moją pogoń za biegowymi marzeniami. Co nie znaczy, że ją zatrzymały.

Tak wyglądają moje biegowe wyniki.

Tak, wiem, wielu biega dużo szybciej. I bardzo fajnie. Gratuluję im, ale oni nie są mną, a ja nie jestem nimi.

Oni nie wiedzą nic o tym jak wyglądał punkt wyjścia w mojej biegowej przygodzie. Ja wiem. Pamiętam to 55:53 z pierwszych zawodów i uśmiecham się do tych cyferek, bo to one pokazują mi tak naprawdę jak się napracowałem przez te wszystkie lata, żeby biegać szybciej od tamtego mnie z września 2014 r.

Wtedy byłem pewien, że nie nadaję się biegania. Dzisiaj mam jeszcze większą pewność, że nie mam papierów do tego sportu, ale cholera lubię to robić i co mi zrobicie?

 

NIGDY NIE ZAPOMINAJ O POCZĄTKACH

 

Co więcej wiem, że o ile zdrowie pozwoli to z roku na rok staję się nieco lepszy. Idę do przodu, bardzo powoli czy może powinienem powiedzieć – swoim tempem, ale idę. Nie zawsze było różowo i radośnie. Trafiały się chwile totalnego zwątpienia. Najgorzej bywało gdy zapominałem o tym z jakiego poziomu zaczynałem i ile już udało mi się poprawić, a chciałem tylko więcej i więcej.

Dlatego mam radę dla Ciebie. Jeśli zamierzasz zacząć biegać to zapamiętaj sobie skąd startujesz, co na początku sprawia ci problemy. Najlepiej zapisz to sobie, przyda Ci się w następnych sezonach. Jeśli już biegasz to przypomnij sobie jakie były Twoje początki i ile już udało Ci się osiągnąć.

Życie nie jest sprawiedliwe. Nie każdy ma szansę zostać rekordzistą świata na 100 metrów albo wirtuozem wiolonczeli. Wybrańców jest niewielu. Każdy za to ma szansę próbować stawać się lepszym od siebie i mieć radochę z tego z tego co robi. Choćbyś dokonywał jednak cudów to nie poczujesz satysfakcji jeśli zapomnisz o punkcie, z którego wyruszyłeś w swoją wyprawę.

 

MAM RADOCHĘ, MIEJ I TY

 

Kiedy teraz patrzę na cyferki ze swojego pierwszego startu czuję satysfakcję z tego ile mi się udało zmienić i poprawić. Nie wiem czy będę biegał szybciej, nie wiem jak długo będę mógł to robić. Ale wiem, że to były fajne lata. Jestem zadowolony z siebie i Tobie też życzę tej satysfakcji. Chciałem biegać szybciej i mi się to udawało.

A jakie są Twoje marzenia i skąd zaczniesz walkę o ich spełnienie?

 

Fotka  od Jenny Hill na Unsplash.