Dlaczego nie można chwalić Łotra Jeden

Dawno, dawno temu, w naszej galaktyce powstał filmy, który rzucił na kolana miliony. Zachwycił efektami specjalnymi, a przede wszystkim zauroczył swoją niepowtarzalną magią. Później próbowano wielokrotnie odtworzyć tamten. Świadkami kolejnej próby wskrzeszenia jesteśmy ponownie. Ową reanimację nazwano Łotr Jeden.

Gwiezdne Wojny widziałem jako sikut, w mrocznych czasach kiedy nie tylko nie było Internetu, ale też kolorowy telewizor był luksusem. Byłem zakochany w tym świecie, którego największą siłą była tajemnica, poczucie, że obcujemy z czymś niezwykłym, fantastycznym światem, który ciągle jest w stanie nas czymś zaskoczyć, oczarować, przerazić.

Tak było w przypadku Nowej Nadziei, a przede wszystkim fenomenalnego Imperium Kontratakuj. Powrót Jedi zaczynał robić się nieco naiwny, ale wydawało mi się to być tylko wypadkiem przy pracy. Co było później wiedzą wszyscy.

TU I TERAZ

Przenieśmy się do grudnia 2017. Na ekrany wszedł Łotr Jeden. Film zaczyna całą serię spin-offów Gwiezdnych Wojen. Wydawało się, że to znakomita szansa na powrót klimatu znanego z najdoskonalszych części sagi. W końcu scenarzyści mogą zająć się nowymi bohaterami, nowymi planetami. Teoretycznie możliwości fabularne są nieograniczone, a to dawało nadzieję na coś wielkiego.

Najbardziej cieszyło mnie, że w końcu skończy się wałkowanie wątków gwiazd śmierci, które pojawiały się w IV, VI i VII części. Tak przynajmniej myślałem jeszcze jakiś czas temu. Później poszedłem do kina i się załamałem.

IMPOTENTÓW BANDA

Ludzie odpowiedzialni za produkcje filmów z cyklu Star Wars mają chyba poważne problemy z kreatywnością, bo znowu główny wątek filmy orbituje wokół potężnej stacji bojowej imperium. Nie pojmuję jak trzeba być ograniczonym, by mając do opowiedzenia nieskończoną ilość historii znowu powrócić do tego jednego starocia. To nie tylko dowód twórczej impotencji. To przede wszystkim szydera z widzów, którym zamiast popisowego dania szefa kuchni serwuje się pieczeń rzymską przygotowaną ze zmielonych resztek niesprzedanych obiadów z całego tygodnia. Na osobach o wrażliwszym układzie trawienia z pewnością zrobi wrażenie, resztę co najmniej rozczaruje.

Słaba historia to nie wszystko. Łotr Jeden to jeden z bardziej płaskich psychologicznie i fabularnie filmów jakie ostatnio przyszło mi widzieć. Już nawet nieudany Smoleńsk może pochwalić się bardziej żywymi bohaterami. Tutaj mamy tylko galopadę postaci wpadających przed kamerę, aby wygłosić mniej lub bardziej patetyczne kwestie. Nie bardzo wiadomo co nimi tak naprawdę kieruje, skąd się wzięły, ani gdzie sobie pójdą

CZAS NA BOJKOT

Jako fan Gwiezdnych Wojen mam dość i ogłaszam oficjalny bunt. Nie chcę oglądać kolejnych prób ożywiania sagi. Osoby odpowiedzialne za te produkcje nie wiedzą jak to robić. Zachowują się jak reżyser nieudacznik, który myśli, że osiągnie poziom mistrza jeśli swoją sztukę wystawi korzystając z jego sceny i dekoracji. Niestety to takie proste nie jest.

Jakby tego wszystkiego było mało w filmie nie zabrakło scen będących radykalnymi przykładami zakrzywiania logiki. Przykład? A proszę bardzo. Czy ktoś wie czemu imperialne niszczyciele przez większość bitwy nie raczyły strzelać do zbieraniny statków rebelii? Czemu gwiazda śmierci w końcowej scenie wali w morze, a nie w bazę. No dobra wiem, czemu. Miała powstać efektowna fala innego wytłumaczenia nie ma. I jeszcze ten Vader. To jak spacyfikował oddział rebeliantów to pokaza wojny totalnej. Imoperium zamiast topić kasę w gwiazdy śmierci powinno było wysyłać Vadera. Rozniósłby wszystkich i wszystko w drobny mak. To nic, że w starych częściach nie miał, aż takich mocy. Teraz jest za to spektakularnie choć płasko i banalnie.

PS. Z tym buntem i bojkotem to będzie tak. Za rok mi minie i znowu dam im szansę i pójdę do kina. Na razie jednak jestem śmiertelnie obrażony i mam rację.

  • Haha, bo to tak jest – wychodzisz z kina z fochem a potem i tak wracasz 😀 Łotra jeszcze nie widziałam, ale pomimo Twojej recenzji i tak chciałabym zobaczyć w kinie 😀