CZY ZAJĄCE POWINNY MIEĆ GŁOS CZYLI PÓŁMARATON NIE DLA PRZESĄDNYCH

 

Ponoć władze francuskich miejscowości unikają jej kiedy numerują domy, a przesądni hotelarze potrafią zrezygnować z całego piętra, byleby tylko nie używać numeru 13. Co ma jednak począć biegacz amator, kiedy przyszło mu wziąć udział w 13. Półmaratonie Warszawskim. Może lepiej było odpuścić?

Z przesądami zwykle bywa tak: oficjalnie człowiek deklaruje, że nigdy przenigdy w nie wierzył, jest światłą osobą, która ma za nic zabobony, ale jak tylko coś się spierdzieli i akurat mamy piątek trzynastego, albo godzinę wcześniej przebiegł drogę czarny kot goniony przez zakonnicę na rowerze to już wszystko wiadomo. Pech, siła wyższa, nie dało się nic zrobić, klątwa demonów, fatum czuwa i pół tony tsunami na łeb.

 

JAK BIEC Z TRZYNASTKĄ?

 

Przesądny uznałby zapewne, że stratowanie w imprezie z pechową liczbą, na dodatek z numerem startowym zaczynającym się od trzynastki było jak pokazywanie języka pradawnym bogom i proszenie się o solidny łomot. Ja jednak pojechałem do Warszawy z nadzieją, że wezmę udział w prawdziwym biegowym święcie.

Sobota, dzień podróży, nie zaczęła się zbyt dobrze. Drapusia postanowiła urządzić mi koncert. Namiętnie szorowała swoje futerko, pomlaskując od czasu do czasu. Wszystko działo się 10 centymetrów od mojej głowy. Przegrałem z kocim budzikiem i wstałem. Dochodziła piąta, piąta rano.

Później wszystko poleciało już sprawnie, podróż, pierwsi spotkani znajomi biegacze. Odebranie pakietów – kolejne spotkania. Przyjazd do bazy. Wszystko poszło jak po maśle. Chwilowo ani śladu pecha.

 

TA TEMPERATURA TO NA SERIO?

 

W niedzielę wstałem kilka minut po siódmej. Zerknąłem na komórkę, która uparcie twierdziła, że Warszawie jest teraz stopień poniżej zera. No super. Nie na taką temperaturę liczyłem.

Mając nadzieję na rychłe ocieplenie zabrałem się za tradycyjne przedstartowe rytuały. Śniadanie: buły z dżemorem, upewnianie się czy numer przypięty, zegarek wzięty, żel zapakowany no i pierdyliard wizyt w kiblu. Dojście na linię startu, krótka rozgrzewka i ostatnia wizyta w zielonej budce (kto biegł, ten wie co w niej się działo) i przedzieram się do swojej strefy czasowej.

Rozglądam się i myślę „o matko i córko”, ale nas tu biegnie. Stoję w morzu ludzi. Jest niesamowicie. Godzina startu nadciąga nieuchronnie. Jeszcze tylko z głośników leci „Sen o Warszawie”, a ja czuję jak poziom adrenaliny we krwi przekracza wszelkie podręcznikowe górne stany. Serce wali jak szalone, gęsia skórka na łapach, choć to zdecydowanie nie z zimna. Razem z tysiącami ludzi idę powoli w stronę startu, jeszcze kilka kroków i przebiegam po czujnikach czasu. I się zaczyna. Mój trzeci Półmaraton Warszawski wystartował.

Jedna z wielu kapel umilających biegaczom walkę na trasie. Dawali czadu.

MIŁE POCZĄTKI

 

Trzymaj tempo – To motto na pierwszych kilometrach. Do piątego kilometra trasa zachęca do prawie szaleńczego biegu. Leci się, jeśli nie po płaskim to jak z górki, nogi same rwą się do przodu. Patrzę na zegarek i widzę tempo 4:18/km.

– Nie kozacz Michalak, nie kozacz. Tak sobie możesz polecieć na ostatnim kilometrze – rugam się w myślach i próbuję zwolnić. Łatwo nie jest, ale jakoś zaciągam hamulec ręczny. Staram się nie przejmować kolejnymi rozpędzonymi biegaczami. Przede mną jeszcze wiele kroków do zrobienia, a oni niech lecą swoje.

 

Biegnę i wiem czemu tu jestem. Od pierwszego kilometra przy trasie stoją setki ludzi. Biją brawo, krzyczą, uśmiechają się, niektórzy błyszczą poczuciem humoru.

– To już końcówka – krzyczy chłopak stojący w okolicach drugiego kilometra. Niech mu będzie. Czeka mnie końcówka, która ma 19 km. Uśmiecham się do siebie i lecę dalej.

 

ZMĘCZENIE MÓWI DZIEŃ DOBRY

 

Mam za sobą osiem kilometrów i czuję, że adrenalina już opadła, a razem z nią cudowna lekkość i poczucie nieśmiertelności. Trzeba się trochę narobić, żeby trzymać tempo.

Za Ogrodem Zoologicznym dochodzę do Piotrka z Lubelskiej Grupy Triatlonu. Cieszę się na jego widok jak głupi. Mam nadzieję, że polecimy razem do mety. Niestety on ma inne założenia na ten bieg. Muszę biec dalej sam. Smutek i samotność zajadam pierwszym i ostatnim żelem energetycznym. A teraz nie pamiętam nawet jak smakował. Myślę tylko o tym, żeby mój żołądek przyjął go bez problemów.

 

GADAJĄCY ZAJĄC

 

Zbliżam się do mostu Świętokrzyskiego, a za plecami słyszę coraz głośniejszy tupot. To jeden z pacemakerów prowadzących grupę na 1:40. Biegnę minimalnie przed nim. Zając jest znakomicie wytrenowany, bo biegnąc cały czas nawija. Kiedy wszyscy dookoła ciebie sapią, a tylko dwie osoby gadają to chcąc nie chcąc słyszysz co mówią.

W ucho wpada mi tekst, że półmaraton to szkoła charakteru. Zapamiętuję i zaciskam zęby. Nogi już mają trochę dość, a ja dopiero jestem na 11 kilometrze. Niestety pacemaker nadal gada. Omawia technikę innych biegaczy. Kiedy mówi o niepoprawnej pracy rąk to mam nieodparte wrażenie, że analizuje moją technikę.

Nie wiem z jakiej szkoły zajęcy ten pan przykicał, ale uważam, że nie powinno się obgadywać biegaczy, szczególnie kiedy biegną oni kilka metrów obok. Dlaczego?

1. To naprawdę słychać

2. To naprawdę w niczym nie pomaga.

3. To wybija z rytmu.

Jestem zdeprymowany. Nie do końca świadomie zwalniam. Zając wraz z grupką biegaczy wyprzedza mnie na moście Świętokrzyskim. Patrzę lekko wkurzony na oddalającą się chorągiewkę z napisem 1:40.

Tędy biegłem. Ja i kilkanaście tysięcy innych biegaczy.

 

SZKOŁA CHARAKTERU

 

Czuję, że ubywa mi sił.

– Zwolnij, szybciej już nie dasz rady – mówią mięśnie.

Są wyjątkowo przekonujące. Ale w ostatniej chwili przypominam sobie pierwsze co usłyszałem od zająca. Półmaraton to szkoła charakteru – dudni mi w głowie. Zaciskam zęby i wracam do zaplanowanego tempa.

Szkoła, cholera, charakteru. Charakteru szkoła. Cholerna szkoła charakteru. Charakterna szkoła cholery. Szkoła charakteru. CHARAKTERU!  Zmagam się z własnymi myślami i lecę.

 

KUMPEL OBIECAŁ I POMÓGŁ

 

Przypominam sobie, że na Agrykoli miał czekać na mnie znajomy. Przed ziomkiem nie wypada wyglądać jak rozdeptana meduza. Spinam poślady i cisnę dalej. Wpadam w dziko wyjącą i zagrzewającą do walki strefę kibiców z fundacji Rak’n’Roll. Dostaję strzała adrenalinowego na kilkaset metrów. Znajomego nie słyszę ani nie widzę. Cały czas myślę, że w każdej chwili może się pojawić więc staram się trzymać fason.

Nie wiem kiedy mijam 17, a chwilę później 18 km. W głowie rozbrzmiewa chór głosów, wszystkie drą się: meta już blisko, przyśpieszaj. Jestem święcie przekonany, że podkręcam tempo. Niestety zegarek pokazuje, że zwiększenie wysiłku pozwoliło jedynie utrzymać dotychczasowe tempo.

Lecę nad Wisłą i wiem, że nie będę miał złego czasu. Za chwilę tylko tunel, a za nim upragniona meta.

 

UTRATA ŁĄCZNOŚCI

 

Tunel. Prawie kilometr pod ziemią. W miłym chłodku, ale też bez podpowiedzi zegarka, który gubi sygnał GPS.

Staram się biec podobnie jak większość. Mam nadzieję, że trzymam tempo.

Przyśpieszam kiedy widzę wylot tunelu. Na jego końcu czeka mnie drobny podbieg, ale z moim zmęczeniem daje się on już mocno we znaki. Co gorsza, wybiegając z podziemi na nasłonecznione Wybrzeże Kościuszkowskie czuję się jakbym dostał strzał w klatkę piersiową. Pierwszy raz w tym roku myślę: cholera, jak gorąco. Próbuję przyśpieszać, ale zamiast tego prawie się zatrzymuję. Światło i ciepło mnie zatykają.

 

OSTATNIA PROSTA

 

Lecę przed siebie siłą rozpędu.

– Jeszcze tylko 600 metrów – krzyczy ktoś z boku.

To chyba najdłuższe 600 metrów w moim życiu. Nie myślę o niczym tylko lecę. Widzę metę, ale ona jakoś nie chce się zbliżać. W końcu jestem na mecie.

Było ciężko, ale było wspaniale.

Podnoszę ręce. Nie tyle w geście triumfu, ale po to, żeby móc nabrać do płuc jak najwięcej powietrza. Pradawni bogowie pozwolili mi dobiec do mety. Dopiero po chwili sprawdzam czas. Jest! 1:40:18. Życiówka poprawiona o trzy minuty i 11 sekund.

 

Cieszę się z czasu, ale jeszcze bardziej cieszę się z walki na trasie i tego, że znowu mogłem pobiec w Półmaratonie Warszawskim. To moja trzecia impreza z tego cyklu. Chciałbym biegać w niej jeszcze częściej. Oczywiście, o ile pradawni bogowie pozwolą.