Czy warto kupić MacBooka?

Zbliża się czas wymiany komputera. Mój laptop jest w wieku, w który z powodzeniem chodziłby do starszaków w przedszkolu, ale niespecjalnie nadaje się do pracy. Od pewnego czasu myślę o następcy. Kandydat jest tylko jeden: MacBook. Sęk w tym, że jego pojawienie może sporo namieszać.

Mam pewność, że największa rewolucja czeka moje życie rodzinne. Czuję w kościach, że nowym kompem będę musiał dzielić się z dzieckiem. Dziecko od lat jest fanem nadgryzionego jabłka. Nie korzysta z tego sprzętu, ale bardzo chce mieć.

NOWY ATAK

Pamiętam jak około 3 lata temu koniecznie chciało dostać iPhona. Byliśmy z żoną katowani każdego dnia.

„Kupicie mi iPhona? Kupicie mi iPhona? Kupicie mi iPhona?” Te słowa słyszeliśmy częściej niż „mama” czy „tata”.

Dziecko puszczało nam nawet piosenkę, która miała skruszyć nasze serca. Oto ona:

 

 

Wytrwaliśmy!

Z trudem.

Pojawienie się produkty od Apple nieuchronnie wywołałoby powrót tamtych tęsknot. Bronić się byłoby dużo trudniej, bo dziecko jest starsze, inteligentniejsze i na pewno opracuje nowe formy nacisku. Boję się nawet myśleć, jak mogą być wyrafinowane i skuteczne.

CO POWIE ŻONA

Mam przeczucie, że mój MacBook szybko stałby się wspólnym MacBookiem, albo Makiem dziecka, a ja musiałbym sobie kupić drugi. Zakup jednego fajnego, ale drogiego sprzętu nie spodobałby się żonie, strażniczce zdrowego rozsądku i dyscypliny budżetowej w rodzinie. Próba zakupu drugiego mogłaby mieć opłakane skutki i niszczycielski wpływ na harmonię naszego pożycia. Miałbym przechalapane, a kolejne wpisy na blog pisałbym na kartce papieru siedząc pod mostem.

Jak widać MacBook może być droższy niż nam się z pozoru wydawało.

CO MNIE KRĘCI?

Dlaczego mimo wszystko myślę o tym cholernym nadgryzionym jabłku? Przede wszystkim jako idealista tęsknię za systemem doskonałym i mam nadzieję, że takie coś siedzi właśnie w tym komputerze. Mam dość czekania po kilkanaście minut aż komputer skończy wgrywać uaktualnienia, do szału doprowadzają mnie sytuacje kiedy program nieoczekiwanie ma problemy i system musi go zamknąć, oczywiście bez zapisywania kilku godzin pracy.

Wszystkie komputery z Windowsem jakie miałem cierpiały na jakieś dziwne kłopoty ze sterownikami. Co kilka miesięcy coś się tam psuło, trzeba było instalować, poprawiać. Nie chcę.

Podobnie nie mam ochoty obcować z czymś co się nazywa Windows 8. Tak wiem, że mogę sobie za darmo ściągnąć „dziesiątkę”, ale mam niejasne przeczucie, że za rok przyjdzie mi zapłacić za dalsze korzystanie z tego systemu.

MAGIA

Poczytałem całkiem sporo opisów i zachwytów nad Makami. Boję się, czy nie uwierzyłem w cudowną moc tego sprzętu, co to jest tak doskonały, że każda praca jakiej teraz się dotknę stanie się dziecinną igraszką. Nie wierzę w takie cuda. Ale iluzja jest mocno kusząca. Tak samo bywa z pięknymi kłamstwami. Wiemy, że ktoś nam wciska kit, ale i tak jakaś część nas chce w to wierzyć. Bo to przecież takie piękne.

Dzisiaj wybrałem się na zwiady do sklepu obejrzeć potencjalny przyszły sprzęt. Magii nie było. Owszem ładne to to jest, i płaskie jak rozjechany kapsel, ale tak poza tym wszystkim to nadal tylko komputer z innym systemem operacyjnym, kolorowymi ikonkami i napakowaną do granic możliwości mitologią marki. Stojąc przed MacBookiem musiałem odpowiedzieć sobie na jedno, ale ważne pytanie:

CZEGO POTRZEBUJĘ?

Musicie wiedzieć, że obecnie klepię te słowa na komputerze, który nieuchronnie zbliża się w stronę laptopowej krainy wiecznych łowów. Pod zainstalowanym fabrycznie Windowsem 7 działał z prędkością żółwia z Galapagos. Przeprowadzka na W 10 się nie powiodła i od wakacji pracuję na Ubuntu. Na Linuksie komputer odzyskał nieco wigoru, nie wiesza się, ale wiem, że ta sielanka nie potrwa długo. Od jakiegoś czasu towarzyszy mi obawa, że w trakcie kończenia wpisu na blog z kompa pójdzie dymek, ekran zgaśnie na zawsze i zostanę z niczym.

Tak naprawdę nie potrzebuję nic specjalnego. Marzę o kompie, który będzie działał. Nie będzie się wykrzaczał, rozruch nie będzie trwał przez pół astronomicznej wiosny, a przy okazji będzie ładniusi. Komputer służy mi głównie do:

– pisania

– internetowania

– delikatnej obróbki fotek.

Filmów nie kręcę, ilustracji w Corelu nie strzelam, nie prowadzę także obliczeń w pogoni za poznaniem liczby Pi. Więc super wypasiona jednostka mi nie jest potrzebna. Na pewno chcę mieć przyjazny edytor tekstu. Libre Office, na którym działam od lat ma urok drewnianego, nieociosanego kloca. Jego największą zaletą jest to, że w ogóle działa.

TO MOŻE PRAWIE „APLA”?

Wiedzieliście Zenbooka od Acera? Jaki komputer wam on przypomina? No dobra wiem, że nie ma na nim jabłka, ale reszta wygląda jak Makowy brat bliźniak odnaleziony po latach rozłąki. Acer ma jedną wadę: pracuje na Windowsie, którego mam dość.

Rozważam jeszcze opcję wzięcie komputera bez systemu operacyjnego i wgranie nań Ubuntu. To naprawdę przyjazny OS, któremu nawet taki informatyczny nob jak ja daje radę. Minusem Linuksa jest niewielki zestaw programów do jakich daje dostęp. Nawet gdybym chciał choć na chwilę zrobić coś w Photoshopie to i tak się nie da. Ubuntu to także nie jest środowisko dla komputerowych gadżeciarzy, nie ma wysypu nowych apek i programów. Nawet nie da się ściągnąć tak niezbędnych rzeczy jak Get Pocket. Jest miło, sympatycznie i bezpiecznie, ale cholernie ubogo. To niestety z czasem zaczyna przeszkadzać.

STRATA CZASU

Obecna sytuacja związana z wyborem kompa ma jeszcze jeden minus. W ostatnich dniach zmarnowałem na te wszystkie rozważania w cholerę czasu. Mogłem napisać ze trzy fajne i dwa przeciętne wpisy, skończyć czytać książki, zacząć nowe, pójść do kina i na spacer. Zamiast tego szukałem informacji o MacBooku. Byłem chyba już wszędzie, gdzie tylko mogły mnie zaprowadzić wyniki z wyszukiwarki po tym, jak wpiszesz „czy warto kupić macbooka”. Byłem tam, zmarnowałem kupę czasu i nadal wiem, że nic nie wiem.
Warto?

PS. Tutaj sam odpowiadam na to pytanie.