Narzekanie na poziom oświaty jest zawsze na topie. Uczelnie i szkoły krytykuje się praktycznie za wszystko. Wnikać dzisiaj nie będę. Zamiast tego opiszę kilka rzeczy, które moim zdaniem powinny zostać wprowadzone do programu. Ja nie miałem tyle szczęścia, aby nauczyć się ich na czas.


Zarządzanie finansami

Kiedyś moje Dziecko zapytane skąd się biorą pieniądze, odpowiedziało: z bankomatu. To było ileś tam lat temu. Teraz Dziecko wie, że sprawa z kasą nie zawsze jest tak prosta. Problem w tym, że dorośli zachowują się jakby nadal wychodzili z tego założenia. Mają debety, karty kredytowe i kredyty konsumenckie – wszystkie korzystnie oprocentowane (z punktu widzenia banku na pewno). I się zaczyna jazda bez trzymanki. Ludziom brakuje podstawowej wiedzy dotyczącej zarządzania domowym budżetem.

Wiem o tym doskonale. Bo mnie samego poniosło, hipoteka, kilka kart kredytowych i nagle jakoś tak robi się człowiekowi dziwnie pusto na koncie, a do pierwszego jeszcze kilka kartek w kalendarzu. Trzeba było się ogarnąć. Tak trafiłem na blog Michała Szafrańskiego. O jakoszczedzacpieniadze.pl wiedzą i mówią wszyscy, ale nie wiem czy wiesz, że jest tam kilka fajnych kursów. Jest też czadowe szkolenie POKONAJ SWOJE DŁUGI. Możesz z niego skorzystać zupełnie za darmo.

Polecam go tym, za którymi ganiają już komornicy, jak także osobom, którym „tylko czasem” nie udaje się pospłacać długów na kredytówce, a pieniądze uciekają z konta w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach.

Od siebie dodam, że takie szkolenie przeszedłem o ileś tam lat zbyt późno, ale z drugiej strony dobrze, że w ogóle.
Wychowywanie dziecka

Niestety, ale tutaj też jesteśmy zdani na samych siebie i doświadczenia przekazane nam przez naszych rodziców (a te ostatnie nie zawsze muszą być zbyt dobre). W efekcie wypuszczamy na świat rodziców niedoskonałych tak samo jak my, którzy przekażą swoją niedoskonałość kolejnemu pokoleniu itd.

Nikt nam nie powie, jakich błędów nie popełniać – nie mówię o osobach, które same chcą się rozwijać i dokształcać. Pamiętam jak po urodzeniu Dziecka mieliśmy obowiązkowe wizyty położnych, które tłumaczyły, jak zmieniać pieluchy i inne sprawy. Wizyty były miłe, ale z naszego punktu zbędne. Chętniej zamieniłbym je na kilka wizyt kogoś, kto pomagałby nam przegadywać pewne problemy, tłumaczył jak rozmawiać i na co zwracać uwagę. Nie piszę tego wszystkiego, bo uważam się, za złego rodzica. Uważam, że na pewno mógłbym być lepszym, a do pewnych spraw nie musiał dochodzić metodą prób i błędów.

 

Jak żreć

Byłem jak pączek. Kiedyś ważyłem tyle, że bałem się nawet stanąć na wagę. To nie były fajne czasy. Oczywiście otyłość, nadwaga są wynikiem wielu błędów żywieniowych, jakie popełniamy, ale bądźmy szczerzy: nie miałem pojęcia o właściwym odżywianiu. Skończyłem studia, miałem pracę, ale byłem żywieniowym debilem, który przesłodzony jogurt truskawkowy uważał za zdrowe żarcie. No bo przecież, w środku ponoć są owoce.

No tak sobie myślałem i żarłem co mi w łapy wpadło. Dopiero z konieczności zacząłem się interesować tym, co naprawdę warto wrzucać na ruszt. To była lekcja, którą musiałem odrobić sam i przyszło mi ją odbębnić późno. Czy byłoby ze mną inaczej gdym na studiach zamiast etyki uczył się podstaw dietetyki i zasad zdrowego życia? Nie mogę tego wykluczyć, że byłbym zdrowszy i lżejszy o kilka średnio miłych doświadczeń.

Lekcja asertywności

Jedni się z nią rodzą, inni o jej istnieniu dowiadują się z filmów i książek. Ja, niestety należę do tej grupy. Asertywność jest mi obca. Nie będę ukrywał, że często mówienie „nie” sprawia mi problem. Ulegam wpływom, namowom, sztubackim uśmiechom oraz maślanym oczom. A później się wściekam na cały świat zamiast na siebie.

Mam problem z niektórymi sprzedawcami, nie potrafię czasem powiedzieć „nie” znajomym chociaż z całego serca nie mam ochoty przystać na ich propozycje. No, ale kurka wodna się godzę. Efekty są różne, ale niespecjalnie dobre. Czasem bywa to tylko nieco opóźniony powrót z piwa do domu, kiedy indziej 5 zł oddane menelowi opowiadającemu rzewną historię lub kilka setek na absurdalnie zbędne ubezpieczenie sprzętu.

Nie myśl sobie, że jestem totalnym naiwniakiem. Co to to nie. Uczę się mówić: NIE, ale to jest droga przez mękę. Wszystkie lekcje muszę przerabiać sam i najczęściej na własnej skórze. Nie ukrywam, że przydałoby mi się jakieś konkretne szkolenie z asertywności. Skoro państwo wymaga ode mnie zaliczania bzdetnych kursów z BHP czemu nie może też poduczyć mnie z bycia asertywnym. To opłaci się nam wszystkim. Oczami wyobraźni widzę program tych zajęć:

1. Najpiękniejsze trzy litery: NIE. Czerp przyjemność z ich wypowiadania.

2. Techniki sprzedaży. Jak bronić się przed namolnym sklepikarzem i cwanym telemarketerem.

3. Psychologia kupowania: czy naprawdę tego potrzebujesz? Odmów czasem i sobie.

4. Szantaż psychologiczny: jak rozpoznać i zneutralizować mentalnych terrorystów w twoim otoczeniu.

Chodziłbym na nie z dziką radością. Nawet, jeśli prowadziłby je największy nudziarz o charyzmie trenera BHP w śpiączce. Co rok przerabiałbym ten materiał ponownie i zaliczał wszelkie testy i egzamin.

Macie coś, czego chcielibyście zostać nauczeni zamiast przerabiać to na własnej skórze ?

  • Nad żarciem pracuję wciąż…nieustająco:) Żarłam w dzieciństwie kiełbasę swojską i mi się tak poślady rozrosły, że czasami mam wrażenie, że ukształtowała mnie kiełbasa. Tatuś i mamusia dawali córci cudem zdobytą kiełbachę, a ja ją teraz muszę zbijać:) Asertywności również uczę się po dziś dzień, a nad poprawą finansowej racjonalności muszę popracować jeszcze kilka lat…Lubię się uczyć na własnej skórze, ale to prawda – swoim dzieciom chciałabym tego oszczędzić, dlatego wierzę, że uda mi się miłością i wychowaniem przekazać właściwe wzorce.

    • Lubiłaś kiełbachę? Ja od małego nie przepadałem… chociaż jadłem. Pamiętam, że jadłem tylko smarzoną. Kroiłem na cieniutkie plasterki i paliłem je prawie na węgiel. Wszytko byle nie czuć wyjściowego kiełbasianego aromatu.

      • Do chwili obecnej mam do niej słabość…ale zawsze po zjedzeniu kawałka, czuję jak mi zad pęcznieje, więc unikam jak ognia;)

        • Zaczarowana kiełbasa… to może być piękny film 😉

  • No dobra, jestem debilem żywieniowym 😋 jem to co ładnie wygląda, mięso, cukier, hamburgery, pizze itp… Jem bo nie posiadam gotowych zamienników, nie znam ich i nie wiem gdzie poznać…

    • Dieta marzeń. Też kiedyś takiej się trzymałem. Niestety zadyszka jaka pojawiała się w trakcie wiązania butów zachęciła mnie do zmiany pewnych zachowań.

  • Wiesz, że o żarciu to się mówi w szkole? Może nie wszędzie i nie za często, ale się mówi. Ja tam zresztą gadam nieustannie. O tym, że cola light, to wielkie „g” i że tabliczkę czekolady to się spala przez godzinę biegu (to dzisiaj o 14 nawet było). Mam wrażenie, że takie moje gadanie tak „przy okazji” więcej daje, bo nie traktują tego jako przymusową naukę, a wręcz odwrotnie. Jako oderwanie od nauki. I zostaje w głowie wiem, bo cytują potem. Pytanie tylko czy stosują.

    • Serce mi rośnie jak czytam, że gdzieś dzieciaki dowiadują się o takich sprawach. Super robota!

  • Coś niepokojącego jest w Twoim pisaniu. Wielu blogerów pisze tak, że miło się czyta. A Ty (i m.in. niżej komentujący Justek) piszecie tak, że natychmiast i już odczuwam pragnienie komentowania. Pewno zgubne dla autora, ale to pokaże historia.
    Mnie niesłychanie wkurza fakt, że na prowadzenie pojazdu potrzebny jest specjalistyczny kurs i godziny praktyki, na posiadanie dziecka nie jest potrzebne nic. I coraz bardziej zakazywane jest świadome przywoływanie na świat potomstwa, wolno natomiast bawić się w watykańską ruletkę.
    Co jeszcze? Znajomość własnego ciała. Nie interesuje mnie co robi mitochondrium endoplazmatyczne. Mam w duszy gdzie występuje pantofelek. Chciałbym wiedzieć z jakich mięśni się składam, co mam wrzucać na ruszt, opanować podstawy leczenia metodami naturalnymi. nie, nie te średniowieczne, tylko chciałbym jasno wiedzieć kiedy jest potrzebny lekarz i które z recept mogę wyrzucić do kosza po wyjściu z gabinetu, bo inaczej kupię kolorowe słodzone cukierki o żadnej skuteczności.
    Podstawowa wiedza z zakresu „prac domowych” – co czym i co mnie zabije a co tylko uszkodzi. Naprawa kranu, instalacji elektrycznej, wentylacja a ryzyko zaczadzenia itp. Obawiam się, że moja lista by była dużo dłuższa, zatrzymam się tu 🙂

    • Ej nie zatrzymuj sie. Pisz, pisz. 🙂 Przypomniałeś mi pantofelka i całą biologię. W czasach mojej nauki w liceum to bilogia była jednym z debilniejszych przedmiotów. Bez kucia nic się nie osiągało. Nasza pani od biologii szczerze nas nienawidziła, bo my nie chcieliśmy zakuwać. Mieliśmy kreatywne podejście do życia. Doprowadzaliśmy ją do szału zadając różne pytania. Moje ukochane brzmiało: „psze pani, a czyt to boli jak pęka chromosom”.
      Nigdy nam nie odpowiedziała 🙁

  • Co mnie najbardziej przerażało…ogarnianie PITa, bo nigdy nie miałam pewności, czy robię to dobrze, a na dodatek robiłam to za kogoś 😛 Młodego bym wysłała na obóz survivalowy, samą siebie zresztą też 🙂

    • Pamiętam własne doświadczenia z obozami i dzieckiem. Wyślij Młodego na zwykły obóz to będzie dla Ciebie totalny survival, ale bardzo korzystny 🙂 Sam to przerabiałem i cierpiałem.

  • Rafał Panas

    Oczywiście nauka myślenia (a jakże, twórczego) oraz komunikacji i negocjacji czyli kłótni 😉

  • Nas nauczycieli właśnie najbardziej denerwują programy, które musimy realizować. Niestety zwykle są one układane przez osoby, które nie mają doświadczenia związanego z pracą w szkole. Ale tak, jak już tu ktoś pisał o zdrowym żywieniu w szkołach mówi się coraz więcej. My mamy nawet specjalny program, który jest z tym związany i na tej podstawie nasza szkoła dostała certyfikat 🙂 A jeśli chodzi o inne aspekty to, jak najbardziej się z Tobą zgadzam. Ale trzeba mieć nadzieję, że kiedyś to wszystko zacznie się zmieniać.
    Kinga

    • Skąd ja to znam 😉 A co zrobisz gdy nie masz programu do przedmiotu, który uczysz i musisz go sam opracować? 😉

  • Na lodówce wisi kartka „nie potrzebujesz tego, rozumiesz? NIEEEE!”. I jak ktoś dzwoni z atrakcyjną ofertą, to ja jestem bardzo asertywna.
    Żadnych nauk nie potrzebuję. Za młoda jestem, za mało zycia znam 😉

  • Mam takie rzeczy – lekcja twardego tyłka, czyli jak radzić sobie, gdy dostaje w twarz od pracodawcy/wykładowcy/kogoś nad tobą. Jak się nie zamykać na krytykę, a stawać z nią twarzą w twarz, z wysoko podniesioną głową.
    I lekcję priorytetów dla moich dzieci (przyszłych) poproszę. Niech się uczą, tego, co czują, a nie tego, co czują za nich inni.
    Super tekst! Ale dlaczego to blogosfera a nie życie?

    • Utwardzanie czterech liter to też dobra sprawa. Przydałoby mi się.