Biegacze nie niedźwiedzie, w sen zimowy nie zapadają. No, przynajmniej nie powinni. Jeśli uważasz, że kiedy za oknem śnieg i mróz to biegać nie ma sensu to wiedz, że jesteś w błędzie. Oto pięć najważniejszych argumentów za bieganiem w zimie.

1. LOGIKA I WYNIKI MÓWIĄ: BIEGAJ

Czy z powodu mrozu i śniegu przestajemy chodzić do pracy albo na studia? Wiem, chciałoby się, ale zwykle się nie da i trzeba. Z bieganiem jest tak samo. Tutaj nie ma miejsca na kilkumiesięczne byczenie się. Nie da się i już. Odpuszczenie treningów w zimie sprawi, że na wiosnę, kiedy już będzie jasno, ciepło i słonecznie zamiast cieszyć się dobrą formą, trzeba będzie zacząć budować ją od nowa.

Bieganie nie wybacza długich przerw. Ono chce od nas systematyczności, czasem wręcz do znudzenia przewidywalnej. Dlatego nie ma sensu odpuszczać zimy.

Wiem o tym doskonale, bo sam ostatniej zimy musiałem odpuszczać ze względu na różne problemy ze zdrowiem. Kiedy już przyszła wiosna i zaczęły się zawody mogłem tylko bić brawo biegaczom, którzy jeszcze kilka miesięcy temu byli na poziomie podobnym do mojego. Oni zaliczyli kosmiczny progress, świętowali kolejne życiówki, a ja walczyłem rozpaczliwie żeby chociaż zbliżyć się do wyników z jesieni.

2. SPALANIE SADŁA

Ponoć bieganie przy bardzo niskich temperaturach doskonale wspiera walkę z fałdkami i zwałkami tłuszczu.

Przeczytałem o tym dawno, nie pamiętam już gdzie, ale nadal w to wierzę. Ponoć w zimie znacznie łatwiej gubić sadło:

  • organizm się męczy, bo biegamy – spalamy kalorie,
  • organizm stara się utrzymać odpowiednią temperaturę – na mrozie – spala jeszcze więcej kalorii.

Efekt? Dużo spalonych kalorii. Dla kogoś takiego jak ja, komu zbyt łatwo przychodzi przemiana w człowieka pączka wiadomość o dobroczynnym wpływie niskich temperatur na gubienie sadła to bezcenny motywator. Jak tylko pomyślę o tym to wychodzę i biegam. Nie straszne mi zamiecie i mrozy zamieniające brodę w szronowy lasy.

3. PRZYGODA

Nie wiem czy to Cię kręci, ale kiedy na dworze szaleje mróz, w gębę wieje kolejny orkan, a na ulicach zaspy jak barykady to aż chce mi się wyjść. Chcę się zmierzyć z tym żywiołem. Może nie tyle wygrać, co nie przegrać, nie zostać z tyłkiem na kanapie tylko iść i cisnąć ile pary w kopytach. Pokazać, że mogę i dam radę. Nie ważne, że nikt mnie nie zobaczy, bo w tej zamieci niewiele będzie widać, bo szyby zamazane freskami mrozu, ale ludzie i tak zamiast za okno wolą gapić się w telewizor.

Ja będę wiedział, że byłem i walczyłem. Mam sporą radochę.

Oczywiście, wiem, że bieganie po lesie albo mieście w ekstremalnych zimowych warunkach to nic w porównaniu z wejściem w zimie na Mount Everest czy nasz Kasprowy. Ale co tam. Mam satysfakcję, że nie wymiękłem i wykonałem kolejny trening. Nie dałem się Matce Naturze.

4. SZKOŁA BIEGANIA

Trening na śniegu to kapitalna inwestycja w formę. Zasuwając w trudnych warunkach automatycznie trzeba dawać z siebie więcej. Wiem, że jest trudniej, że nie da się osiągać czasów takich jak wiosną, ale to jest jak długoterminowa inwestycja. W zimie kupujesz za grubą kasę akcje, a wiosną będziesz mógł cieszyć się dywidendami – czyli w biegowych realiach bardzo fajnymi wynikami.

5. COŚ DLA DUCHA

Zima, wiadomo: ciemno, krótkie dni, brak słońca. Należę do ludzi, którzy wyjątkowo kiepsko radzą sobie z solarnym deficytem. Nastrój mi pikuje i robię się jeszcze bardziej mrukliwy niż jestem przez resztę roku.

Bieganie jest wybawieniem od staczania się w spiralę ponurości. Te wszystkie cudowne hormony jakie zalewają mój organizm po treningu działają zapewne lepiej niż dwie wywrotki antydperesantów.

Owszem, jest zmordowany i padnięty, ale jestem zmordowanym i padniętym gościem, który jest zadowolony z życia. Taka jest prawda, bieganie to taka pozytywna i legalna ćpalnia, a zimą jej działanie czuje się wyjątkowo mocno.

 

Fotka główna: Jason Blackeye on Unsplash